DZIEŃ ÓSMY 30 maja 2016 roku (Shiraz - Marvdasht)
Rozespany i „połamany” wywlokłem się z wychłodzonego autokaru wprost na chłód poranka w Shiraz. Pluton taksówkarzy natychmiast przystąpił do ataku, musieliśmy poprosić o zawieszenie broni i przegrupować siły. Rozpoznanie możliwości dotarcia do centrum nie przyniosło oczekiwanego efektu. Byliśmy zdani na kolejną konfrontację z taksówkarzami. Po raz pierwszy w życiu przyszło mi kupować bilet na taksówkę. Z wydrukiem w ręku podszedłem do żółtego samochodu ozdobionego pasami z drobnej, czarnej szachownicy. Kierowca przyjął kwitek opiewający na sto pięćdziesiąt tysięcy riali, zapakował nasze plecaki do bagażnika i wyjechał z parkingu. Przecięliśmy kompletnie suche koryto rzeki i po chwili podjechaliśmy pod ...hotel. Już przy płaceniu wskazałem w przewodniku miejsce, które nas interesowało. Następnie to samo zrobiłem w taksówce, ale najwyraźniej tutaj turysta plus ranek równa się hotel. Powstrzymałem kierowcę przed wypakowaniem plecaków, ponownie pokazałem mu punkt na mapie, lecz i to go nie przekonało. Dopiero przypadkowy przechodzień, który włączył się do dyskusji, rozwiązał problem. Taksówkarz przytaknął i pojechaliśmy z powrotem. Na szczęście nie daleko a na dodatek, bez dodatkowych roszczeń finansowych. Nasza „Żółta Łódź Podwodna” przycumowała pod drzewem, na wprost bramek wejściowych do mauzoleum. Tuż obok, w kontenerze, była przechowalnia bagażu, co niezwykle nas ucieszyło. Z trudem przepchnęliśmy przez małe okienko nasze plecaki i pomaszerowaliśmy w kierunku bramek. Mauzoleum Mira Sajjeda Ahmada z zewnątrz wygląda niepozornie, ale strzeżone jest lepiej, aniżeli niejedno lotnisko. Już pobieżne oględziny wypadły dla mnie niekorzystnie. Zakwestionowano długość moich nogawek. Wprawdzie sięgały za kolana, lecz najwyraźniej niewystarczająco. Nie było wyjścia. Wróciłem pod okienko i poprosiłem o swój plecak. Mężczyzna wewnątrz, zaproponował mi, żebym wszedł do środka, co niezwłocznie uczyniłem. Jak zwykle, w pośpiechu nie mogłem doszukać się pakunku ze spodniami. Kiedy wreszcie je znalazłem, bezmyślnie zwinąłem te, w których przyjechałem, razem z zawartością kieszeni. Tym razem kontrola przebiegła pomyślnie i mogliśmy przekroczyć wejście, przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn. Oczywiście kobiety także mogą wejść na teren kompleksu, ale mają oddzielne wejście podobnie jak w każdym meczecie. Przekroczenie bramek, nie oznaczało całkowitej swobody poruszania się. Polecono nam zaczekać i dopiero kiedy pojawił się odpowiedni „asystent”, pozwolono nam iść dalej. Uprzedzony o zakazie używania aparatów fotograficznych, swój zostawiłem w plecaku. Pozostał mi jedynie telefon, którym można było bez przeszkód fotografować. Asystujący nam mężczyzna upewniwszy się, że rozumiemy zasady obowiązujące w tym miejscu wrócił do wejścia a my, zdjąwszy buty weszliśmy do imponującego niezwykłą fasadą obiektu. Wnętrze również było zaskakujące. Tradycyjnie wieloelementowa i bardzo złożona konstrukcja sklepienia, a także ściany, pokrywają misternie przycięte lustra. Transparentne i barwione szkło, powoduje, że całe wnętrze skrzy się i mieni wieloma odcieniami zieleni. Z głośników sączy się stonowany śpiew, a liczna obsługa, ubrana w garnitury, przesuwając się bezgłośnie po dywanach zmiata niewidoczne kurze, przeciera ściereczkami miejsca, które pielgrzymi zwykli całować i rozpyla wodę różaną z atomizerów. Wszystko to tworzy podniosłą i uduchowioną atmosferę, której ulegają nie tylko wierni. Po dłuższym kontemplowaniu wyszliśmy na zewnątrz i powolnie posuwając się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, obchodziliśmy rozległy plac. Na jego przeciwległym, krótszym boku, pod kolumnadą rozległego pawilonu natrafiliśmy na szyicką placówkę agitacyjną. Ugrzeczniony, starszy pan zapytał czy mamy ochotę na herbatę i szerokim gestem zaprosił nas do środka. Wnętrze było klimatyzowane, herbata aromatyczna, a podane do niej ciastka ... takie sobie. Rozmawialiśmy o zawiłościach w pojmowaniu Koranu. My z pozycji otwartych na wiedzę laików, on dobrotliwego mędrca, który rozświetla mroki ignorancji. Delikatnie zahaczyliśmy też o kwestię polityki zagranicznej państwa, które musi godzić ze sobą pragmatyzm i mistycyzm. Zapewne moglibyśmy spędzić tak kilka godzin, lecz tak tematyka jak i znajomość języka tworzyły co raz silniej widoczne bariery. Na koniec zostaliśmy obdarowani kilkoma broszurkami oraz bardzo dobrze wydanym planem miasta. Ten ostatni bardzo nas ucieszył, ponieważ dysponowaliśmy jedynie bardzo schematyczną i ograniczoną do ścisłego centrum mapką w przewodniku. Dokończyliśmy obchód placu i wyszliśmy na zewnątrz. Kierując się przewodnikiem i planem, postanowiliśmy obejrzeć twierdzę Karim Chana z drugiej połowy osiemnastego wieku. Budowla zwraca uwagę swoją rozległością i z lekka nachylonymi na zewnątrz narożnymi basztami. W dziewiętnastym wieku, nad bramą centralną, wykonano ogromne kolorowe malowidło na kaflu, które jest ilustracją do słynnego poematu wschodniego „Szach-Name”. Wyrazisty rysunek na białym tle jest poświęcony bitwie głównego bohatera poematu Rustama z Białym Dewom, bitwa ta uosabia wieczną walkę dobra ze złem. Cena biletów za wejście do środka, jest stanowczo zawyżona. Czterysta tysięcy riali umożliwia relaks w gęstym cytrusowym gaju (z dwoma obszernymi sadzawkami), wypełniającym centralny dziedziniec. Można też przejść się po nielicznych wykończonych, acz niewyposażonych wnętrzach. Widać, iż trwają pracę, które zapewne zaowocują udostępnieniem kolejnych pomieszczeń. W jednym ze skrzydeł jest zaaranżowana komnata audiencyjna, a sklepowe manekiny z doklejonym zarostem i przyodziane w historyczne stroje odtwarzają przyjmowanie przez Chana zachodniego poselstwa. Więcej w tym kiczu niż dostojeństwa, o jakie zapewne twórcą tego „dzieła” chodziło. Resztę wyremontowanych pomieszczeń zajmują sklepy z pamiątkami, w których można podpatrywać rzemieślników przy pracy. Dla mnie najciekawszym miejscem był hammam. Już sama architektura i rozplanowanie tradycyjnej wschodniej łaźni jest interesujące. Na dodatek pomieszczenia są ciekawie zdobione. Właśnie tam, kiedy dosyć swobodnie komentowaliśmy zwiedzane miejsce, usłyszeliśmy „Dzień Dobry! Miło usłyszeć polski język w takim miejscu”. Tuż za nami stał chłopak, z bardzo dobrym aparatem fotograficznym. Przysiedliśmy na chwilę, żeby porozmawiać. My, w wielkim skrócie, opowiedzieliśmy trochę o sobie, on zrewanżował się tym samym. Pochodzi z Sosnowca, ale od kilku lat mieszka i pracuje w Norwegii. Przyleciał na tydzień do Shiraz, żeby pozwiedzać miasto. Mieszka w hotelu i nie wybiera sie nigdzie dalej. Zaskoczeniem dla niego było to, że podróżujemy z namiotem, a z autentycznym podziwem dopytywał o już pokonaną trasę i dalsze plany. Uścisk dłoni zakończył spotkanie. Nieco rozczarowani wyszliśmy na rozgrzany plac przed twierdzą. Bilety znacznie uszczupliły i tak kończące się zasoby gotówki. Uznaliśmy, że czas najwyższy poszukać kantoru. Pytani przechodnie wskazywali pobliski ciąg sklepików i punktów gastronomicznych, ale nie mogliśmy go wypatrzeć. Wprawdzie w maleńkiej cukierni zaoferowano nam dokonanie wymiany i podano zupełnie satysfakcjonujący kurs, lecz pomni przestróg woleliśmy przeprowadzić tę operację w miejscu bardziej wiarygodnym. Poszukując kantoru przeszliśmy ruchliwą arterię i weszliśmy do pierwszego z brzegu baru, żeby zapytać o kantor. Tuż przy wejściu siedziała korpulentna kobieta. Kiedy zapytałem czy mówi po angielsku, zamiast odpowiedzieć, sama zapytała czy jesteśmy Rosjanami. Było to dla mnie zaskakujące i odruchowo, nieco alergicznie, zapytałem dlaczego tak sądzi i czy wyglądamy na Rosjan. Ona nie zrażona ani tonem, w jaki to powiedziałem, ani miną jaką zapewne zrobiłem, z wyczuwalna nadzieją w głoście odparła: „..ale mówicie po rosyjsku?” Było to raczej stwierdzenie, głębokie przekonanie, aniżeli pytanie. Wiedziałem, że jest w tym coś więcej aniżeli ciekawość, więc znacznie łagodząc ton odparłem, że trochę mówimy. Jej twarz rozświetlił szeroki uśmiech. Przeszła natychmiast na śpiewny język naszych sąsiadów i zapytała w czym może nam pomóc. Nadal po angielsku powiedziałem, że szukamy kantoru. Mój przyjaciel szturchnął mnie i konfidencjonalnie powiedział: „ ...mów po rosyjsku.” Chciałem, ale z trudem wygrzebywałem z pamięci pojedyncze słowa. Nasza rozmówczyni w tym czasie zawołała kilkunastoletniego chłopaka o wyraźnie perskich rysach i rosyjskim imieniu i zwracając się ponownie do nas powiedziała: „On was zaprowadzi. Może jesteście głodni?” powiedziałem, że owszem, lecz najpierw musimy wymienić pieniądze, bo nie mielibyśmy czym zapłacić. Wówczas jeszcze nie byłem pewien, czy istotnie będziemy jedli coś w tym barze, ale uznałem, że tak wypada. Poszliśmy za naszym przewodnikiem. Chłopak przeprowadził nas przez kładkę nad droga, którą właśnie przyszliśmy i kilka metrów od niej wszedł do małego biura. Pokazał nam, że jesteśmy na miejscu. Odczekał, aż dokonamy wymiany i poszedł w kierunku przejścia. Poszliśmy za nim. Na nasz widok, kobieta ponownie sie uśmiechnęła i zapytała co zjemy. Powiedziałem, że najchętniej coś smacznego i taniego, bo podróżujemy z namiotem i plecakami i musimy oszczędzać. No to kebab, zawyrokowała. Weszła za ladę i zaczęła coś przygotowywać. W tym czasie przyjaciel dopytywał się dlaczego nie rozmawiam z nią po rosyjsku. Wytłumaczyłem mu, że nie mogę się przestawić, choć chciałbym i że będę próbował. Po kilku minutach, przed nami pojawił się półmisek z podłużnymi kawałkami podsmażonego, mielonego mięsa wołowego oraz przypieczone pomidory. „Chljeb chotjetje?” - zapytała stawiając talerz. „Kanieczno” odparłem, zadowolony, że cokolwiek pamiętam. Przy okazji stwierdziłem, że nie mam problemu z rozumieniem, ale formułowanie sensownych zdań jest trudne. W trakcie jedzenia a właściwie pochłaniania jedzenia usiłowaliśmy kontynuować rozmowę. Teraz my zadawaliśmy pytania, bo trwało to krótko, a jej opowieści mogliśmy słuchać jedząc. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że nasza rozmówczyni jest moskwianką. Przyjechała za mężem. Mówi w czterech językach. Kiedy zapytałem czy nie tęskni za Moskwą, odparła w typowy dla Rosjan sposób: „ ...dlaczego nie miałabym tęsknić?! Oczywiście, że tęsknię.” Oczy jej się zaszkliły, ale mimo to zauważyła, że błyskawicznie uporaliśmy się z kebabami i skrupulatnie wycieramy talerze chlebem. Bez słowa wstała i dołożyła nam jeden kebab i kilka pomidorów. Zawstydzony wybąkałem „bolsze spasiba”. „Jeszcze trochę, a nam poleje samogonu” - cicho powiedział mój przyjaciel. Istotnie, musztardówki wypełnione wódką byłyby jak najbardziej na miejscu. Zbierając się do wyjścia zapytaliśmy, ile jesteśmy winni. Pani odpowiedziała, że sto pięćdziesiąt (tysięcy riali) „chwatit”. Była to symboliczna kwota. W innych okolicznościach zapewne wystarczyłaby może na chleb i pomidory. Za rogiem zatrzymaliśmy się, żeby uzgodnić co robimy. Najbliżej było do tzw. „Bramy Koranu”. Nie jest to zbyt wartościowy obiekt. Jedyna pozostała a właściwie zrekonstruowana brama miejska. Nazwano ją tak, ponieważ pierwotnie przechowywano w jej szczytowej partii cenny egzemplarz świętej księgi muzułman. W 1937 roku został on przeniesiony do muzeum, skąd go ...skradziono. Zdecydowaliśmy się iść w tamtą stronę także i dlatego, że tamtędy biegnie droga do Persepolis, do którego zamierzaliśmy się dostać. Przeszliśmy most nad wyschniętym korytem rzeki Rudchaneje Khoszk, uchodzącej do słonego jeziora Maharlu. Na jednym ze straganów kupiliśmy melon i posiłkując się planem, szliśmy na północny wschód. Po drodze mijaliśmy liczne mini parki z kilkoma drzewami, toaletą i skromnym trawnikiem. Zatrzymaliśmy się na chwilę w takim właśnie miejscu. Skorzystałem z okazji, żeby się trochę przepłukać a kiedy wróciłem kolega siedział wśród kilku irańskich kobiet. Widząc mnie machnął ręką żebym dołączył. Jak szybko się dowiedziałem, panie czekały na wnuki uczące się w pobliskiej szkole. Same zagadnęły mojego przyjaciela i mimo problemów językowych wypytywały go o różne sprawy, także i o to, ...jak się mu podobają Iranki (?!). Było miło, ale musieliśmy iść. Kawałek dalej, zupełnie nieoczekiwanie natknęliśmy się na pocztę. W twierdzy kupiliśmy kartki, ale pamiętając nasze poszukiwania poczty w Kermanie, nawet nie pytaliśmy tutaj nikogo o tą instytucję. Weszliśmy do środka. Długie obszerne pomieszczenie rozdzielał na pół ciąg okienek. Usiedliśmy na krzesłach i zabraliśmy się do pisania. Mając jeden długopis, musieliśmy to robić pojedynczo. Kiedy skończyłem, podszedłem do okienka. Nie wiem czy bardziej my, czy może wpisany adres wywołał zainteresowanie obsługi. Wdałem sie w rozmowę z kilkoma osobami odpowiadając na typowe pytania. Po chwili podszedł do nas postawny mężczyzna i zapytał czy mam ochotę na herbatę. Wiedząc, że jest to zazwyczaj pretekst, do bliższego poznania się, potwierdziłem. Zostałem zaproszony na „drugą stronę”. Dostałem filiżankę herbaty i wskazano mi krzesło. Niebawem do herbaty dodano coś słodkiego, a w międzyczasie niemal wszyscy urzędnicy otoczyli mnie zwartym kołem. Nie zauważyłem kto poszedł po mojego przyjaciela, ale wkrótce obaj byliśmy w centrum zainteresowania. Mężczyzna, który zaproponował herbatę, był chyba kimś w rodzaju naczelnika. Nam się przedstawił jako pisarz i historyk. Dosyć nieoczekiwanie zapytał, czy zjedlibyśmy u niego lunch. Spojrzałem na Witka a kiedy ten potaknął powiedziałem, że chętnie. To co później nastąpiło nadal jest dla mnie zagadką. Bez wątpienia doszło do jakiegoś niezrozumienia, lecz kiedy i przez kogo, nie wiem do teraz. Jeszcze w trakcie prowadzenia dyskusji z pracownikami poczty, podszedł ponownie i powiedział, że idzie się modlić, ale wróci za jakieś czterdzieści minut. Istotnie, zniknął nam z oczu. Nie chcąc dezorganizować pracy powiedzieliśmy, że poczekamy na naczelnika w miejscu przeznaczonym dla klientów. Usiedliśmy na krzesłach. Od czasu do czasu odpowiadaliśmy na jakieś pytania, trochę rozmawialiśmy o dziwnych zrządzeniach losu. Po jakimś czasie zauważyliśmy zapraszającego nas mężczyznę w jego gabinecie, więc czekaliśmy na rozwój wypadków. Niestety, nic sie działo a sytuacja robiła sie trochę niezręczna. Po jakimś czasie ów pan przeszedł koło nas mówiąc, że idzie zapalić fajkę. Założyliśmy, iż w ten sposób dał nam do zrozumienia, że zaraz potem pojedziemy na ów „lunch”, lecz kiedy po chwili znowu koło nas przechodził, nic nie powiedział, tylko zajął się pracą. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę ale nic się nie wydarzyło. Głupio nam było pytać, bo istniało prawdopodobieństwo, iż owe zaproszenie było nadinterpretacją jakieś niezobowiązującej formy grzecznościowej. Z drugiej strony przyjęcie zaproszenia i wyjście bez słowa byłoby przejawem arogancji. Sytuacja była patowa. Zdecydowaliśmy się wyjść, ale na wszelki wypadek wpisałem na kartce mój adres i telefon i przekazałem ją jednemu z urzędników mówiąc, że jeśli szef zechce się z nami skontaktować, to może zatelefonować. Niemal do samego celu marszu omawialiśmy wszelkie warianty zdarzenia i żaden nie wydał się być tym najwłaściwszym. Nikt też nie zadzwonił.
Marsz był uciążliwy, mimo iż obciążał nas tylko niesiony w foliówce melon. Żar lał się z nieba, co przy zupełnym braku wiatru odczuwało się z podwójną siłą. Kiedy po lewej stronie wyłonił się pięciogwiazdkowy hotel „Shiraz”, wiedzieliśmy że i „Brama Koranu” jest blisko. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyliśmy tę budowlę. Niewielka to atrakcja turystyczna. Można, a właściwie należy ją obejrzeć „z marszu”. Tak też uczyniliśmy. Kawałek dalej postanowiliśmy przenieść ciężar z ręki, na dwa żołądki. Usiedliśmy w cieniu i wydobyliśmy melon. Łatwiej jednak coś postanowić aniżeli wykonać. Mój scyzoryk został w spodniach a te w przechowalni bagażu. Mijając „Bramę” widziałem biwakujących tam ludzi, a ci zapewne mają coś, czym można pokroić owoc. Pomaszerowałem w tamta stronę. Pod prawym przęsłem siedziała kilkuosobowa rodzina. Wśród wielu wiktuałów był również pokrojony arbuz, a obok leżał nóż. Podszedłem, pokazałem melon i wskazałem na narzędzie. Mężczyzna podał mi nóż, którym rozkroiłem żółtą kulę na cztery części. Jedną z nich podałem dzieciom i wróciłem na naszą ławkę. Zjedliśmy soczysty owoc. Skórki i opakowanie trafiły do kosza, ale ręce aż po łokcie mieliśmy wysmarowane sokiem, który błyskawicznie zamienił się w słodką skorupę. Nieopodal ogrodnik podlewał trawniki. Umyliśmy się i poszliśmy na szczyt wzniesienia gdzie przy bardzo ruchliwej szosie stał minibus. Zaczęliśmy wypytywać wsiadających do niego ludzi o transport do Persepolis. Powstało zamieszanie, bo ustępowano nam miejsca a my usiłowaliśmy wytłumaczyć, że musimy wrócić do miasta po plecaki. Wówczas uświadomiłem sobie, że całe przedsięwzięcie nie ma sensu. Z plecakami nie przyjdziemy tu na piechotę a zatem musimy szukać transportu, gdzieś w centrum. Wróciliśmy do przechowalni i odebrawszy nasze „homonta” poczęliśmy wypytywać ludzi o minibusy do Persepolis. Szło nam jak po grudzie. Każdy, kto cokolwiek zrozumiał z pytania, wskazywał taksówki. My z uporem maniaka mówiliśmy: „No taxi, minibus!”. Odpowiedzi zazwyczaj były niezrozumiałe ale ich sens sprowadzał się do jednego. Stąd nie ma żadnych minibusów. Ostatecznie, jeden z kierowców, używając trzech, czterech wyrazów po angielsku wytłumaczył nam, że z terminala autobusowego jeżdżą minibusy do miejscowości Marvdasht, która leży na trasie do Persepolis. Stamtąd musimy wziąć taksówkę. W rewanżu zabraliśmy sie z nim na dworzec. Kosztowało nas to kolejne dwieście tysięcy riali lecz kiedy byliśmy na miejscu, wskazał nam odpowiedni pojazd a nawet „zaanonsował” nas kierowcy. Ten, w asyście bardziej wykształconego językowo kolegi usiłował przekonać nas, że nie mamy po co jechać bo Persepolis jest już zamknięte. Tłumaczyłem mu jak umiałem, że nic nie szkodzi, bo wybieramy się tam dopiero jutro na co on (jak idiocie) mówił, że bus jedzie dzisiaj. Sprawę zakończyło oświadczenie, że ...nie jedziemy do Persepolis. Wprawdzie powstał w głowach Irańczyków dylemat po co jedziemy do Marvdasht, ale zapewne wytłumaczył to sobie dziwactwem europejczyków. Kilkunasto miejscowy pojazd był prawie pełen. Kierowca jednak zachęcił nas do wsiadania, więc z plecakami w rekach przepychaliśmy się do samego tyłu. Siedzący tam ludzie pościskali się trochę i powstała luka, w której od biedy dało się usiąść. Usiłowaliśmy upchnąć plecaki za fotelami, lecz wszedł zaledwie jeden. Kierowca doszedł do wniosku, że otworzy bagażnik więc znowu, przez całą długość pojazdu, taszczyliśmy plecaki obijając nimi ludzi. Na zewnątrz okazało się jednak, iż do bagażnika zmieści się jeden. Po raz kolejny bąkając „sorry, sorry, sorry” musiałem przepychać się na tył. Zanim ruszyliśmy zapytałem o cenę. Usłyszałem „pięćdziesiąt”. Nawet w tysiącach, wydało mi się to niewiarygodnie mało więc uznałem, iż będą to „tumany”. Jeśli tak, to cena była wygórowana i mogliśmy jechać taksówką wprost do celu, ponieważ jej koszt określono nam wcześniej na sześćset tysięcy riali. Było jednak za późno, pojazd mknął w kierunku „Bramy Koranu”. Czytając przewodnik wywnioskowałem, iż Marvdasht to mała wioska i cieszyła mnie wizja noclegu wśród glinianych domostw. Po cichu liczyłem, że uda nam się kupić od pasterzy ser, który zjemy z lawaszem upakowanym w plecaku. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się na obrzeżach jakiegoś blokowiska. Wprawdzie wszyscy wysiedli, lecz my nie zamierzaliśmy się ruszać, wszak jechaliśmy do końca trasy. Niestety, to właśnie był koniec trasy a Marvdasht okazało się sporym miastem, stolicą regionu Fars. Tuż za nami był ogrodzony stadion miejski, lecz po przeciwległej stronie drogi, zza drzew widać było spory, pusty plac. Na jego końcu stały dwa murowane baraki, a z prawej strony coś, co mogło uchodzić za toalety. Z przodu, tuż przy drodze był „barosklep”. Miejsce wydawało się bardzo dobre na nocleg. Poszliśmy tam. Z bliska nie wyglądało to już tak dobrze. Plac służył do manewrowania samochodami ciężarowymi. Poszliśmy kawałek dalej, gdzie pomiędzy kamieniami widać było intensywnie żółte i zielone plamy, które wzięliśmy za piach i trawę. Kolejne rozczarowanie. Żółte fragmenty terenu okazały się wyschniętymi trawami a przerastające je zielone „roślinki” miały dwucentymetrowe kolce. Szliśmy dalej, aż do ziemnego wału i muru, za którym były jakieś uprawy. Jedyne wolne od kolców miejsca zalegały ostre kamienie. Witek znalazł dwa metry kwadratowe, które po oczyszczeniu, od biedy, nadawały się pod namiot. Właśnie zamierzaliśmy się za to zabrać, kiedy pojawił się mocno zdezelowany samochód. Wysiadł z niego mężczyzna w kombinezonie mechanika samochodowego. Umorusane smarem i brudem ręce wskazywały, iż istotnie mógł się parać tym zajęciem. Zacięta mina, gwałtowność ruchów nie wróżyły najlepiej. Jeszcze zanim podszedł zaczął mówić coś w Farsi. Nie zrozumieliśmy ani słowa, lecz sposób mówienia korelował z gestami i wyrazem twarzy. Wyraźnie dawał nam do zrozumienia, iż to jego teren. Kiedy w czytelny sposób mój przyjaciel pokazał, że chcemy spędzić tu jedną noc jeszcze bardziej się zaperzył. Uznając jego prawo do dysponowania swoją własnością usiłowałem przekonać towarzysza podróży do wycofania się, lecz on postanowił użyć minisłownika i jakoś się porozumieć. Jak na złość, z potrzebnych nam słów, znalazł „noc” i „jeden”. Pokazał ich zapis w Farsi. Reakcja zaskoczyła nas obu. „Nerwus” wyjął mu przewodnik z rąk i zaczął go kartkować. Pomyślałem a może nawet powiedziałem to głośno: „Gratuluję, z pewnością poradzisz sobie z polskim lepiej niż my”. Tymczasem on wskazał coś brudnym paluchem i podsunął nam książkę. Nie było wątpliwości. Tłusty ślad zaznaczył słowo „złodziej”. Tego było już za wiele. Mógł być zły za wtargnięcie na jego pole, ale wyzywanie nas od złodziei, przy pomocy naszego przewodnika?! Gwałtownym gestem pokazałem zaznaczone słowo i siebie z wirtualnym znakiem zapytania. Tamten gwałtownie potrząsnął głową i zatoczył ręką wkoło. Jego twarz jakby złagodniała. Znowu mówił szybko gestykulując. W wykonanej pantomimie dopatrzyłem się skradania, zaboru mienia, ucieczki, krzesania ognia i pożaru. Kończąc otworzył drzwi samochodu i wskazał na siedzenie. Z przodu siedział umorusany dziesięcio, może dwunastoletni chłopiec. Uznaliśmy że, w geście pojednania wywiezie nas na drogę, więc wpakowaliśmy się do środka. Chłopak przyglądał nam się uważnie z poważną miną, w której trudno było się dopatrzeć sympatii, ale i niechęci. Czysta, dziecinna ciekawość. Wyjechaliśmy na plac, lecz zamiast przy drodze, samochód zatrzymał się przed jednym z baraków. Metalowe drzwi były uchylone. Za nimi widać było niewielkie pomieszczenie wyłożone zużytą wykładziną dywanową. Mister Mardoni, bo tak o sobie mówił nasz nowy znajomy, otworzył szerzej drzwi i zaprosił nas do środka. Dostrzegliśmy jeszcze okno, gigantyczny acz bardzo stary, klimatyzator i wypłowiały obrazek brodatego mężczyzny na ścianie (Husajna ibin Alego). Wyglądało na to, że zamiast miejsca pod namiot, dostaliśmy „pokój”. Mister Mardoni mówił bez przerwy aż do odjazdu. Nie wiedzieliśmy czy się jeszcze pojawi, czy w zamian czegoś oczekuje, co mamy zrobić wychodząc. Zaczęliśmy się rozpakowywać, kiedy za drzwiami usłyszeliśmy jakieś głosy. Wyjrzałem i zamarłem. Zgromadziło się tam kilku mężczyzn, a inni najwyraźniej zmierzali w tą stronę. W całej tej gromadzie, tylko jeden mężczyzna, wyglądający na urzędnika, mówił trochę po angielsku. Początkowy niepokój o „cel tej niezapowiedzianej wizyty” zastąpiło rozbawienie. Panowie dowiedziawszy się o naszej obecności chcieli ...pogadać. Z ogólnego harmideru „tłumacz” wybierał według sobie znanych kryteriów, pytanie i tłumaczył go na angielski. Staraliśmy się odpowiadać tak, jak umieliśmy najlepiej po czym nasze słowa były zamieniane na Farsi. Reakcja zgromadzenia dawała powody sądzić, iż „tłumacz” dodawał coś od siebie albo nie zupełnie nas rozumiał. Istniała też trzecia ewentualność, choć chyba najmniej prawdopodobna, iż to co dla nas było banalne tutaj stawało się egzotyczne, zabawne lub zaskakujące. Sam też usiłowałem się czegoś dowiedzieć, lecz siły były nierówne. Mój bezpośredni rozmówca był księgowym w szpitalu klinicznym. Pozostali, w większości to kierowcy lub ich pomocnicy. „Audiencja” się przeciągała. Słońce chyliło się ku zachodowi a w „apartamencie” nie było żarówki. Podobnie z resztą jak w umywalni, co zdążyliśmy sprawdzić jeszcze przed wizytą. Ambitne plany zrobienia prania i wykąpania się stawały się mało realne. Żeby załatwić to, co najpilniejsze zaproponowałem przyjacielowi, żeby poszedł się umyć, a ja będę sobie radził sam. Potem się wymienimy. Tak też się stało. Nasi goście pojedynczo się wykruszali. Ktoś z pozostałych zaproponował, że możemy spać u niego. Była to kusząca propozycja, ale podziękowałem, ponieważ Witek był nieobecny a nasze rzeczy porozrzucane wkoło. Kilka osób odchodząc zostawiło nam swoje numery telefonów zapewniając, że jeśli czegoś byśmy potrzebowali... Kiedy zrobiło się ciemno, jeden z kierowców przyniósł nam żarówkę, dzięki czemu mogliśmy przygotować sobie posłania. Po powrocie kolegi, zostawiłem go z najwytrwalszymi dyskutantami i poszedłem się umyć. Kiedy wróciłem nikogo już nie było. Zagotowaliśmy wodę i zrobiliśmy sobie kolację. Ledwo ją zjedliśmy, pojawił się Mister Mardoni z rodziną. Moment nie był najlepszy, ponieważ przyjaciel był już rozebrany i okryty jedynie cienkim, workowatym w formie, prześcieradłem. Początkowo jedynie nasz gospodarz wszedł do środka a pozostali jedynie zaglądali przez otwarte drzwi, lecz w trakcie wizyty stopniowo się „oswajali” i po dwudziestu, trzydziestu minutach wszyscy siedzieli lub kucali wokół nas. Mister Mardoni, po mistrzowsku posługiwał się naszym słowniczkiem. Pomagając sobie gestykulacją usiłował namówić nas na odwiedziny. Kiedy wymigaliśmy się od tego, tłumacząc się zmęczeniem, zaproponował nam herbatę, na co chętnie przystaliśmy. Popijając „czaj” zapytaliśmy o sposób dotarcia do Persepolis. Nasz gość i gospodarz zarazem zaoferował, że nas tam zawiezie. Brak znajomości jakiegokolwiek wspólnego języka w niczym nie stanowił przeszkody. Wprawdzie od gadania bolały już nas ręce, ale bawiliśmy się doskonale. Wizyta przeciągnęła się do pierwszej w nocy. Rozstaliśmy się jak na przyjaciół przystało – męskim uściskiem (bardzo brudnej) dłoni.
 


DZIEŃ SIÓDMY 29 maja 2016 (Wyspa Hormoz – Rainbow Vally)
Ze snu wyrwało nas pukanie do jednych z wewnętrznych drzwi. Poprzedniego wieczora zamknąłem je na klucz, ponieważ miały tendencję do samoistnego otwierania się a zauważyłem, że prowadzą wprost do mieszkania gospodarzy. Byliśmy jedynie w gatkach a w Iranie, nawet mężczyźni unikają pokazywania się bez ubrania, więc zawołałem: „...one minute, please” i zaczęliśmy w pośpiechu nakładać ubranie. Zanim skończyliśmy pukanie się ponowiło, tym razem do drzwi zewnętrznych. Kiedy je uchyliłem zobaczyłem sporą metalową tacę z wiktuałami trzymaną przez Hasana. Byliśmy ogromnie zaskoczeni. Co prawda w hotelach śniadanie często jest w cenie, ale standard naszego oraz cena raczej na to nie wskazywały. Wiedząc, że nasz gospodarz nie zna angielskiego wyjaśnienie tej kwestii wymagałoby poproszenia jego żony, więc przejąłem tacę świadom dużego prawdopodobieństwa wzrostu kosztów. Ochoczo zasiedliśmy do śniadania, na które składała się jajecznica, słodkie placki przypominające racuchy, tyle że bez jabłek i lawasz. Chwilę później Hasan wrócił z herbatą. Spałaszowaliśmy wszystko do ostatniej kruszyny, spakowaliśmy rzeczy jak do wyjazdu acz uzależniając to od ostatecznej kwoty jaką przyjdzie nam zapłacić i atmosfery negocjacji postanowiliśmy zostawić tu plecaki a może nawet zostać na kolejną noc. Pozbieraliśmy naczynia i wyszliśmy na podwórko. Nikogo na nim nie było, więc zastukaliśmy do drzwi. Otwarła nam starsza kobieta, której wcześniej nie widzieliśmy. Wymieniłem imię gospodarza, fatalnie go przekręcając ale i tak po minucie pojawił się Hasan z żoną. Oddałem naczynia, chwaląc jedzenie i zapytałem o cenę. Usłyszałem, z lekką nutą zdziwienia w głosie, że trzysta riali. Podałem banknoty obserwując reakcję, ponieważ na tym poziomie komunikacji istniało prawdopodobieństwo, iż mówiąc „rial”, myśli się „tuman” a to dziesięć razy więcej. Pieniądze jednak zostały przyjęte bez żadnego komentarza więc z ulgą przystąpiłem do dalszej części planu. Prośba o możliwość pozostawienia rzeczy a także prawdopodobieństwo ponownego skorzystania z noclegu, zyskały aprobatę. Przy tak korzystnym obrocie sprawy zapytałem jeszcze o transport do Tęczowej Doliny. Kobieta powiedziała, że mąż zaraz zatelefonuje po kogoś, kto nas tam zawiezie, a sama przyniosła trochę sfatygowany, ale szczegółowy plan doliny. Upewniłem się czy mogę go zatrzymać i wyszliśmy z Hasanem przed bramę. Chwilę czekaliśmy kryjąc się przed palącym słońcem w wąskim skrawku cienia. Zza zaułka wyjechał trójkołowy pojazd na bazie motocykla. Wskoczyliśmy na „pakę”. Przezorność nakazywała ustalenie warunków usługi, lecz ciemnoskóry kierowca na pytanie o angielski przecząco pokręcił głową, więc założyliśmy, iż szacowana przez żonę hotelarza kwota stu osiemdziesięciu riali jest prawdopodobna, tym bardziej iż myśleliśmy że zostaniemy tylko dowiezieni do miejsca, gdzie zaczyna się dolina i dalej pójdziemy pieszo. Ruszyliśmy w drogę. Zadaszenie wehikułu wykonane z resztek koców skutecznie osłaniało nas przed słońcem a pęd powietrza chłodził nas siedzących na wąskich ławeczkach wewnątrz ażurowej konstrukcji. Szybko minęliśmy zabudowania i jadąc, zaskakująco dobrej jakości drogą, wzdłuż wybrzeża, skierowaliśmy się na zachód. Po kilku kilometrach kierowca wskazał na lewą stronę, gdzie za krzewami pobłyskiwało oślepiającą bielą słone jezioro, kawałek dalej zatrzymał się gwałtownie, ponieważ przez drogę przebiegły górskie gazele. Kilka minut później zjechaliśmy z szosy i podskakując na wybojach pojechaliśmy w stronę wzgórz. Pojazd zatrzymał się przed prowizorycznym szlabanem, a towarzyszący nam mulat dziarsko pomaszerował ledwo widoczną ścieżką. Po kilku metrach zatrzymał się i machnął w naszą stronę. Poszliśmy za nim. Z widoczną znajomością terenu poprowadził nas najpierw pod skalną ścianę, której wyraźne zróżnicowane warstwy przypominały przekrojony tort czekoladowy. Zaskoczeniem było to, że grube, żółte pasy były połyskliwe i półprzeźroczyste. Przewodnik potarł o najbliższy palec, potem polizał go i powiedział coś, co zabrzmiało jak „sol”. Zrobiliśmy to samo. Bez wątpienia była to sól. Obchodząc urwisko zobaczyliśmy pofałdowane zbocze o niemal białych ścianach. Po prawej stronie wąskiej ścieżki prowadził w tamtą stronę głęboki na trzy, cztery metry rów miejscami poprzecinany „mostkami”. Kiedy podeszliśmy do ściany, zauważyliśmy że jedno z zgłębień jest w istocie wąskim wejściem do wnętrza góry. Nie mieliśmy latarek ale przy pomocy skąpego światła telefonu komórkowego wcisnąłem się za przewodnikiem do środka. Początkowo trzeba było przesuwać się na kolanach, z głęboko pochyloną głową lecz wnętrze było obszerniejsze. Nadal było dosyć wąsko ale nad głową zrobiło się na tyle przestrzennie, iż można było wrócić do pozycji pionowej. Panował tu ożywczy chłód. Spływająca po ścianach solanka pokryła je kryształkami, które w świetle połyskiwało niczym żółte szafiry. Drogę powrotną przebyłem widzianym wcześniej rowem, przeciskając się pod „mostkami”. Wybojami wróciliśmy na asfaltową drogę i pojechaliśmy dalej. Kolejnym miejscem, które kierowca uznał za godne polecenia była długa i obszerna jaskinia. Poszedłem nią tak daleko, jak pozwoliło mi światełko telefonu. Ściany sprawiały wrażenie pobielonych wapnem z wyraźnymi naciekami w intensywnie czerwonym kolorze. Po zajęciu miejsca w ławeczkach, motor z wyraźnym trudem począł wspinać się na wzniesienie. Wjechaliśmy miedzy wzgórza, które sprawiały wrażenie ogromnego placu budowy, na którym giganci zgromadzili pryzmy zróżnicowanych kruszców. Wchodzące na siebie, kilkudziesięciometrowe kopce diametralnie różniły się kolorystyką i granulacją. Od niemal gładkiej, śnieżnobiałej kredy, przez z lekko porowatą, o czekoladowej, miejscami czekoladowej ochrze i żółtych kwarców do błękitnego kordunu. Wszystko wokół wyglądało jak ze snu geologa-marzyciela. Zaparkowaliśmy na skraju drogi. Kierowca, ku naszemu całkowitemu zaskoczeniu, z pilota włączył... alarm i zadowolony z efektu pomaszerował w stronę brązowych skał. Szliśmy spory kawałek szeroką doliną przypominającą afrykańską sawannę. Gdyby przy mijanych akacjach pojawiły się żyrafy czy słonie, byłbym mniej zaskoczony, aniżeli zabezpieczeniem motorowej rikszy naszego przewodnika. Kiedy dotarliśmy do skał, dostrzegliśmy, iż ich ostre, zwietrzałe krawędzie układają się w fantazyjne kształty. Ścieżka stała się wąska do tego stopnia, iż miejscami trzeba było się przeciskać między skałami. W występach pomiędzy nimi, niczym machnięcie pawiego pióra, pojawił się i zniknął ocean. Chwilę później stanęliśmy nad urwiskiem. Widok zapierał dech w piersiach: brunatne, ażurowe skały z lewej zdawały się porywać do skoku w przepaść, pod stopami majestatycznie falowała szafirowa woda rytmicznie pochłaniając i oddając słońcu żółty piasek plaży. Po prawej stronie, aż do zatracenia w błękitnym powietrzu, niczym finezyjna draperia układały się fałdy brązowo-żółtych skał. Podmuchy wiatru dawały złudne wrażenie chłodu, lecz wystarczyło stanąć w niszy, żeby boleśnie odczuć skwar. Usiedliśmy w zagłębieniach skał, i ciesząc się widokiem, poddawaliśmy się podmuchom bryzy. Doskonale widoczna plaża kusiła kąpielą, ale kilkusetmetrowa przepaść wykluczała dotarcie tam, wiec z żalem wróciliśmy do pojazdu. Tym razem oczekiwany dźwięk wyłączanego alarmu wywołał szeroki uśmiech na twarzach. Na naszych – z rozbawienia, a właściciela – z nieukrywanej dumy. Wkrótce wyjechaliśmy zza wzgórz i znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni. Z wysokiego klifu, aż po horyzont rozciągała się Zatoka Perska. Pomiędzy urwiskiem a drogą teren był rozkopany. Najwyraźniej pozyskiwano tu ochrę, ponieważ wszystko w koło przypominało olbrzymie brownie z wiśniami. Intensywnie czekoladowa gleba w świetle słońca przechodziła w buraczkowo-wiśniowe odcienie. W okolicach wzgórz, w których dominowały żółcienie i biel, wyrastały nieliczne akacje z jaskrawozielonymi liśćmi i to zestawienie było szczególne. Gdybym nie widział tego w naturze, uznałbym taki widok za przesadną, wręcz kiczowatą interpretację autora obrazka. Pochodziliśmy chwilę po poszarpanym klifie, uważając, żeby przez nieostrożność „nie pofrunąć”, po czym bez odpalania silnika zjechaliśmy ze wzgórza w okolice plaży, z której widać było tunele wypłukane przez wodę w zboczu. Wiedzieliśmy, że nie doceniliśmy zakresu wykupionej usługi, lecz i to, że objedziemy wyspę dookoła, ponieważ z miejsca, gdzie się znaleźliśmy, powrót nie miałby sensu. W istocie, zatrzymaliśmy się jeszcze w dwóch miejscach: w obszernej dolinie, gdzie dostrzegliśmy dwa stada gazel oraz na piaszczystym brzegu tysiące krabich norek. Pokazując palcem gazele, kierowca z błogą miną pogładził sie po brzuchu i zamlaskał. Podchodząc do jamek w piasku zauważyłem, jak spora ryba, która dotychczas najwyraźniej „opalała się”, na nasz widok niezgrabnie, choć całkiem szybko „pobiegła” na płetwach do dołu zalanego wodą i zniknęła nam z oczu. Gruntowa droga w buraczkowym kolorze ponownie nabrała cywilizacyjnego sznytu przejawiającego się asfaltową gładzią a wzgórza ustąpiły miejsca zabudowaniom. Ich stan wskazywał, że albo są dopiero budowane, albo ulegają sukcesywnej dewastacji. Kiedy w oddali dostrzegliśmy znajome budowle z portugalskim fortem na końcu cypla, postanowiliśmy wysiąść. Mieliśmy w planie kąpiel w oceanie a pobliska plaża wydawała sie być do tego odpowiednia. Pokazałem kierowcy, że tu skończymy wycieczkę i podałem mu dwieście tysięcy riali. Ten popatrzył na banknoty i pokazał ciągle otwarty portfel. Kiedy uchyliłem go, bezceremonialnie wyjął kolejne trzy, banknoty po sto tysięcy a na mój gest zdziwienia wygrzebał u siebie i podał mi mocno sfatygowane papierki o niskich nominałach. Kiedy odjechał poskładaliśmy je i wyszło nam, iż zapłaciliśmy około czterystu sześćdziesięciu tysięcy riali. Zważywszy poświęcony nam czas i zaangażowanie nie było to dużo. Uderzyła nas jednak spora dysproporcja w odniesieniu do ceny noclegu ze śniadaniem. 

 
Weszliśmy na plażę. Z piasku wystawały resztki murowanych słupów, na których kiedyś zapewne wspierało się molo lub przystań. Na jednym z nich złożyliśmy swoje rzeczy i ubrania. Jedynie buty zostawiłem na piasku. To, co brałem za nierówności piasku i kamienie, okazało się ostrymi muszelkami. Z wielką ostrożnością brnąłem w kierunku wody. Kiedy zanurzyłem stopy w wodzie, okazała się być tak gorąca, że w pierwszym odruchu chciałem je wyjąć. W miarę wchodzenia do głębszej wody, stawała się ona chłodniejsza, lecz i tak, nawet jak dla mnie, była bardzo ciepła. Stojąc zanurzony po kolana, usłyszałem jak mój przyjaciel pyta, czy celowo zostawiłem buty w wodzie. Nie zastanawiając się odparłem, że nie i poprosiłem go żeby postawił je na słupie. Kiedy po kilkudziesięciu minutach postanowiliśmy wyjść z wody i pójść do twierdzy, stwierdziliśmy, że wysoki postument z naszymi rzeczami, stojący na plaży, teraz zaledwie wystaje ponad wodę. Przypływ w zaskakująco szybkim tempie pochłaniał kolejne metry plaży. Zabraliśmy plecaki i raniąc sobie stopy o niewidoczne teraz muszle wyszliśmy z wody. Skracając sobie drogę przez jakieś podwórko zobaczyliśmy jak przy śmietniku spore zwierzę o wyglądzie kuny zjadało sporego tuńczyka. Na nasz widok, z wyraźnym żalem porzuciło zdobycz i wskoczyło miedzy śmieci. Dotarcie do fortu zajęło nam niewiele czasu, choć marsz w palącym słońcu był uciążliwy. Nie widząc wejścia, postanowiliśmy dostać się do środka posuwając się po wąskim gzymsie muru. Wprawdzie pod nami było kilka metrów, ale ewentualny upadek byłby niegroźny, ponieważ woda w tym miejscu miała co najmniej trzy może cztery metry głębokości. Ściana, której się czepialiśmy zbudowano z dużych, porowatych kamieni, tak że nie było to specjalnie wielkie wyzwanie. Po chwili byliśmy w twierdzy. Kiedyś zapewne była miejscem turystycznym, o czym świadczyły skorodowane tablice informacyjne i wystające z okien lufy dział, lecz obecnie wszystko przedstawia dosyć żałosny widok. Spora część wewnętrznego dziedzińca zalana jest wodą, w której oprócz ryb, głównie pływają śmieci. Fragment murów został wykorzystany na skład łodzi i warsztat remontowy, przez który, wyszliśmy na nabrzeże, niezaczepiani przez nikogo. Wracając do „hotelu” najpierw minęliśmy spacerującą kobietę z dzieckiem. Zaskoczyła nas jej zasłona twarzy. Dotychczas w Iranie widywaliśmy kobiety w różnego rodzaju chustach i czadorach, lecz żadna nie zasłaniała twarzy. Starsze kobiety mają w zwyczaju trzymać krawędzie chusty zębami, ale służy to nie tyle zasłanianiu, co uwalnia ręce. Mijana kobieta była ubrana na czarno, twarz jednak zakrywała bogato zdobiona złotymi ornamentami czerwona maska. Wyraźnie, celowe jej załamanie na całej wysokości dodawało jej oryginalności i przywodziło na myśl karnawałowe maski weneckie. Byliśmy w trakcie komentowania tej ozdoby kiedy z naprzeciwka zbliżyli sie dwaj mężczyźni, których twarze były także całkiem zasłonięte. Chusty, znane u nas jako „arafatki” były tak owinięte wokół głowy, iż pozostała bardzo wąska szpara na oczy. Obaj szli spokojnie, jakby wracali z pracy, lecz ich niecodzienny sposób noszenia chusty natychmiast wywołał z pamięci obraz palestyńskich terrorystów. Po dotarciu do pokoju, włączyliśmy klimatyzację, i poszliśmy się przepłukać pod prysznicem. Korzystając z okazji wyprałem spodnie i koszulkę. Odpoczywając ustaliliśmy, że przedostaniemy się na stały ląd i noc spędzimy w autobusie. Postanowiliśmy także dopłacić naszym gospodarzom. Wydało nam się, iż w ten sposób najlepiej wyrazimy naszą wdzięczność. Pozbieraliśmy nasze rzeczy i z plecakami na grzbiecie zastukaliśmy do drzwi. Wyszli do nas oboje. Powiedziałem, że opuszczamy wyspę i chciałem wręczyć właścicielowi banknot, ale ten odmówił. Kiedy nalegałem wskazał ręką drzwi, w których stała starsza pani i dał nam do zrozumienia, że jeśli istotnie chcemy, to powinniśmy dać pieniądze jego matce. Tak też uczyniłem. Tradycyjnie, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, a następnie Hasan podprowadził nas kawałek w stronę portu, pokazując na palcach, że statek odpływa o osiemnastej. Dochodziła szesnasta trzydzieści, więc bez pośpiechu poszliśmy we wskazanym kierunku. W okolicy terminala było kilkanaście osób, minęliśmy budkę, którą wzięliśmy za portiernię i weszliśmy do klimatyzowanego budynku. Wewnątrz jednak nikogo nie było. Odczekaliśmy około czterdziestu minut. W tym czasie usiadło w poczekalni kilka osób, a na zewnątrz kilka innych dołączyło do już tam czekających. Zbliżała się osiemnasta, a w w kasie nadal nikt się nie pojawił. Zauważyliśmy jednak, że przed zlekceważoną przez nas budką ustawiła się kolejka. Dołączyliśmy do stojących w niej ludzi i po kilku minutach kupiliśmy dwa bilety. Idąc za innymi weszliśmy na molo, do którego sporo po czasie dopłynęła łódź motorowa. Nie była to ta sama, którą przypłynęliśmy na wyspę, ale różnice były „kosmetyczne”, a mimo to, wrażenie było zasadniczo inne. W świetle słońca wszystko wyglądało znacznie pogodniej. Pokład i siedzący ludzie bardziej przypominali pasażerów dalekobieżnego autokaru, aniżeli uchodźców. Nawet wodą z rozbijanych dziobem fal, zalewająca szyby, nie budziła żadnych złych skojarzeń. Przycumowaliśmy z zapadającym zmierzchem. Wychodząc z terminala natknęliśmy się na grupę taksówkarzy. Jeden z nich, starszy mężczyzna przywitał nas wołając: „...how much?”. Rozbawił nas ta nietypową formą a że i tak musieliśmy skorzystać z tej formy transportu wsiedliśmy do pojazdu. Jeszcze na placu, po podaniu kierowcy gdzie chcemy jechać, zapytałem „How much?”, ale ten zamiast podać kwotę powtórzył jak papuga „...how much?” i uśmiechnął się szeroko. Zapewne na tym kończyła się jego znajomość języków obcych. Przyjaciel jednak postanowił niczego nie pozostawiać przypadkowi. Zakrzyknął „STOP!, STOP!”, a kiedy zdziwiony kierowca zatrzymał się powtórzył: „...how much?” i pokazał banknoty w portfelu. Tamten pokazał sto pięćdziesiąt tysięcy i po potaknięciu ruszyliśmy dalej. Przed dworcem autobusowym, wprost z samochodu zostaliśmy przejęci przez ubranego w białą koszulę z pagonami i dystynkcjami przedstawiciela jednej z kompanii transportowych. Doprowadził nas do kontuaru, za którym królował rubaszny mężczyzna władający sprawnie angielskim. Dopasowując się do jego stylu, przekomarzając się kupiliśmy dwa bilety do Shiraz za sześćset tysięcy riali. Autobus miał odjechać o dwudziestej więc usiedliśmy tak, żeby być widocznym przez sprzedawcę biletów. Po dwudziestej pomachałem do niego i zapytałem gdzie autokar. Odparł, że wszystko jest w porządku i ktoś nas powiadomi w odpowiednim czasie. Istotnie, pół godziny później podszedł do nas jakiś mężczyzna i zachęcił do pójścia za nim. Zaprowadził nas na peron i pokazał pusty i zamknięty pojazd. Po kolejnych kilkunastu minutach zjawiła się obsługa i po opisaniu i zdeponowaniu bagaży usiedliśmy wewnątrz. Kilkadziesiąt kilometrów za miastem, jak w niemal wszystkich autobusach dalekobieżnych, zostaliśmy obdarowani soczkiem w kartoniku i paczką biszkoptów. Noc w autobusie, nawet tak nowoczesnym jak te w Iranie, nie należy do przyjemności. Wyszukiwanie najmniej uciążliwej pozycji i drzemka do czasu, kiedy ból lub drętwienie nie zmusi do jej zmiany wypełnia podróż. Tak też było i tym razem.

DZIEŃ SZÓSTY 28 maja 2016 (Rudan)
Eksan zatelefonował i po chwili przyjechała taksówka. Po przejechaniu kilku, może kilkunastu kilometrów zatrzymaliśmy się przed wysokim murem z metalową bramą. Nasz irański znajomy zniknął, żaby po chwili wrócić z pękiem kluczy. Pojechaliśmy dalej. Za oknami przesuwały się szeregi niskich bloków na różnych etapach budowy. Zatrzymaliśmy się przed jednym z ukończonych. Winda jeszcze nie działała, ale mieszkanie do którego zmierzaliśmy było na drugim piętrze. Jak na mieszkanie studenta, miało ono standard bardzo wysoki. Schludne, nowoczesne, bardzo zadbane. Za zgodą gospodarza skorzystaliśmy z prysznica oraz Internetu. Oferował także zrobienie prania, lecz nie wiedząc jak będą wyglądały najbliższe godziny, uznaliśmy to za zbyt „ryzykowne”. W tym czasie on przygotował dla nas napój o bardzo interesującym smaku. Woda różana z lodem i nasionami, które w połączeniu z wodą żelowały się. Popijaliśmy go z wolna i rozmawialiśmy. Za oknami wstawał świt. Kiedy zrobiło cię już prawie całkiem jasno, Eksan zasugerował, żebyśmy się trochę przespali. Skwapliwie skorzystaliśmy z tej propozycji i położyliśmy się na rozścielonych na dywanie materacach. Po dwóch godzinach wstaliśmy i bardzo cicho, żeby nie budzić gospodarza dokończyliśmy toalety. Gospodarz pojawił się po chwili i od razu zabrał się do przygotowania śniadania. Na środku dywanu, w miejsce uprzątniętych materacy, położył ceratowy obrus a na nim miód, ser, masło i powidła. W trakcie smażenia jajek powiedział, że za chwilę zostanie dowieziony chleb. Istotnie, po kilku minutach ktoś zadzwonił do drzwi i wszedł nieco starszy od niego mężczyzna z torbą pełną pachnących i gorących placków. Okazało się, że „dostawca” jest przyjacielem Eksana i będzie nam towarzyszył. Usiedliśmy wkoło obrusu i z ochotą zabraliśmy się do jedzenia. Gospodarz podał świeżo usmażone jajka i usiadł z nami. Jedzenie popijaliśmy aromatyczną herbatą i kontynuowaliśmy przerwaną drzemką rozmowę. Kolega Eksana głównie słuchał, ponieważ jego angielski był słabszy od naszego. Soczysty i mocno schłodzony arbuz zakończył posiłek. Byliśmy wypoczęci, najedzeni i bardzo mile zaskoczeni tak wszechstronną i serdeczną gościnnością. Pomogliśmy posprzątać po jedzeniu, i zostawiwszy w mieszkaniu plecaki, zeszliśmy na parking, gdzie wsiedliśmy do stojącego tam samochodu. Nasz gospodarz zapewne już wcześniej ustalił program wycieczki, ponieważ jego kolega bez zbędnych słów szybko wyjechał z miasta i skierował się na północ. Tuż za sporym mostem zjechaliśmy z szosy i wzniecając tumany kurzu na gruntowej drodze pojechaliśmy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż kanionu rzeki Rudan. W najwyraźniej znanym im miejscu zostawiliśmy samochód i zeszliśmy do rzeki. Zejście było zarośnięte krzewami, ale łagodne jednak kilkaset metrów dalej ściany kanionu gwałtownie wznoszą się w górę, tworząc malowniczy w swej surowości widok. Rzeka o tej porze roku szeroka ale bardzo płytka jednak z opowieści snutych przez obu panów, wczesną wiosną ma głębokość kilku metrów a suche, pożółkłe w maju wzgórza są pokryte bujną soczystą trawą i mienią się niezwykłą paletą barw, wielu odmian kwiatów. Z kanionu wyszliśmy na brzeg i wśród zarastających go chaszczy, nasi przewodnicy wskazywali na rośliny, które z jakiś powodów są ważne lub interesujące. Część z nich, mimo starań z obu stron, nie byliśmy w stanie skojarzyć. Inne, tak jak hennowiec, oglądaliśmy z zainteresowaniem, brudząc się przy okazji niemiłosiernie. Ta część brzegu bardziej przypominała Afrykę aniżeli Azję. Palmy daktylowe, pożółkły step, a na horyzoncie góry falujące w rozgrzanym do granic możliwości powietrzu. Kolejnym etapem były pobliskie pola uprawne. Dopiero idąc pomiędzy sprawiającymi wrażenie zwiędłych krzewów papryki i bakłażanów, udawało nam się je odróżnić od reszty porośniętej trawą. Zadziwiające było to, że na wpół martwych roślinach wisiały małe jarzyny oraz nowe kwiatostany. Eksan zachęcił nas do spróbowania bakłażanów. Z pewną dozą nieufności nadgryzłem małą, filetową „gruszkę”. Wprawdzie typowa goryczka była wyczuwalna, to wbrew obawom dało się ją zjeść na surowo. Kolejnym zaskoczeniem było zielone mango, prosto z drzewa. Okazało się, że w Iranie jada się je także niedojrzałe i to ze skórką. Są kwaskowate i zdecydowanie twardsze od znanych nam dojrzałych owoców, ale bardzo orzeźwiające. Zastanawialiśmy się jak nasze żołądki zareagują na tę dawkę „nowalijek”, ale skoro „...dla towarzystwa cygan dał się powiesić”. Mango rosło tam na bardzo starych, wysokich drzewach, otaczających głęboki betonowy kanał, w którym, w krystalicznie czystej i zimnej wodzie kłębiły się ryby. Rolnik, pracujący na pobliskim polu powiedział, że jest ich tak dużo, bo nikt tu ich nie łowi. Z jakiegoś powodu, który okazał się zbyt trudny do wytłumaczenia, są traktowane z czcią. Użył nawet określenia, które w tłumaczeniu na angielski zabrzmiało jak „święte”. Zaskakująco zimna, jak na panujący wokół skwar woda, od „zawsze” płynie tutaj z gór. Nie dociekaliśmy skąd tam się bierze, skoro widziane z oddali wzgórza wyglądały na całkowicie pozbawione życia kopce, usypane z wysuszonego na wiór kruszywa. Spływając potem wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę miasta. Zatrzymaliśmy się przy jednym z pierwszych sklepów, Eksan kupił kilka soków, wodę, którymi nas obdzielił. Chwilę później zatrzymaliśmy się przed bramą, którą widzieliśmy w nocy. Okazało się, że rodzina naszego młodego gospodarza zaprosiła nas wszystkich na tradycyjny świąteczny obiad. Zapytałem jakie to święto? W odpowiedzi usłyszałem, że nasza wizyta jest tego powodem. Drzwi w bramie otworzył ojciec Eksana. Tuż za nim stał jego młodszy brat Mahmud. Po prezentacji zostaliśmy zaproszeni do domu. Przechodząc z hallu do pokoju zauważyliśmy, że zza drzwi dyskretnie przyglądają nam się dwie kobiety. W pierwszym odruchu chciałem się ukłonić, ale doszedłem do wniosku, że skoro nie wyszły się przywitać, to zapewne lepiej będzie udać, że je nie zauważyliśmy. Pokój, do którego zostaliśmy wprowadzeni był spory, ale skromnie wyposażony. Zwracała uwagę wnęka na ślepej, krótszej ścianie ozdobiona misterną konstrukcją z kolorowej wełny. Przyjaciel Eksana, pod jego nieobecność wyjaśnił, że to pozostałość dekoracji z jego ślubu. On sam, wraz z bratem, po rozścieleniu ceratowego obrusu na dywanie, zaczął zapełniać go talerzami i półmiskami z ryżem, piklami, mięsem w zielonkawym sosie, smażonymi krewetkami i kebabami. Zasiedliśmy wokół. Myślałem, że zaraz dołączy do nas reszta rodziny, ale ze zdziwieniem dowiedziałem się, że tylko Mahmud zje z nami. Nie chciałem dociekać powodów takiej decyzji. Wszystko było bardzo smaczne, choć spodziewałem się, że potrawy będą mocniej przyprawione. Mnie najbardziej przypadły do gustu krewetki z mango. Byliśmy głodni, ale także ciekawi nowych smaków, więc pałaszowaliśmy nie odmawiając kolejnych dokładek. Kiedy gospodarz upewnił się, że jesteśmy najedzeni przyniósł owoce i herbatę. Chętnie napiłbym się kawy, ale w przeciwieństwie do krajów arabskich a także Turcji, ten trunek nie cieszy się w Iranie chyba specjalną popularnością. Wprawdzie podana nam w Zahedanie była smaczna, to pozostałe były parzone z rozpuszczalnej Neski. Nie wiedząc nawet kiedy, neutralne tematy podryfowały w stronę polityki. Jak wszyscy dotychczasowi (a także i późniejsi) rozmówcy, obaj panowie byli zdecydowanie krytycznie nastawieni do kierunku, w jakim podąża Iran. Próbowałem trochę tłumaczyć rządzących, przypominając, o zmianie nastawienia do kontaktów z zachodem, ułatwieniach wizowych i zniesieniu embarga, ale jednogłośnie uznano to za jedynie koniunkturalizm i działanie na pokaz. Nie czułem się wystarczająco kompetentny a na dodatek nie miałem powodów obstawać przy usprawiedliwianiu poczynań ajatollahów, więc przywołując przykład Polski z końca lat osiemdziesiątych powiedziałem, że jeśli większość Irańczyków odczuwa potrzebę zmian, to zapewne te zmiany nastąpią. Nie wiem czy byłem wystarczająco przekonywujący, tym bardziej, iż pamiętałem że to co w teorii jest proste, w życiu wcale takim nie jest a w kraju wyznaniowym i policyjnym jednocześnie, wszelkie działania opozycyjne mają swoje bardzo poważne konsekwencje. U ulgą przyjąłem przejście na kwestie obyczajowe i rodzinne. Po raz kolejny miałem okazję przekonać się jak ważnym elementem wyposażenia niemal każdego Irańczyka jest smartfon. Nie tylko wypełniał luki w słownictwie, wyjaśniał zawiłości nomenklaturowe, ale także był nośnikiem zdjęć rodzinnych. Kiedy zapytano nas o Polskę, nasze rodzinne miejscowości, z pewnym zażenowaniem musiałem skorzystać z ich sprzętu, ponieważ żaden z nas nie miał nie tylko porównywalnego zaawansowaniem technicznym sprzętu, ale nawet dostępu do Internetu. W preferowanym w Iranie Istagramie, strony o mojej rodzinnej miejscowości sprowadzały się do ofert sprzedaży domów lub prymitywnych wpisów i równie niewyszukanych zdjęć nastolatków. Miasto Przyjaciela wypadło nieco lepiej, ale i tu nie bardzo było czym się chwalić. Robiło się co raz później i czas był najwyższy, żeby zdecydować, co dalej robimy. Podobnie chyba myślał nasz gospodarz, bo zasugerował, iż wprawdzie pierwotnie mieliśmy jeszcze tego samego dnia jechać dalej, to on chętnie nas przenocuje. Przez krótką chwilę pomyślałem jak miło jest spać w klimatyzowanym pomieszczeniu z dostępem do łazienki, ale natychmiast uświadomiłem sobie, że nawet jeśli ta propozycja jest podyktowana autentyczną chęcią, a nie tylko nakazem gościnności, to i tak z naszego powodu obaj młodzi ludzie nie poszli do pracy a Eksan, po powrocie z uczelni nie miał okazji nawet zobaczyć się ze swoją, poślubioną zaledwie kilka miesięcy wcześniej, żoną. Podziękowaliśmy zatem za wszystko, co dla nas zrobił i zgodnie oświadczyliśmy, że choć z żalem, musimy jechać dalej. Zostało to przyjęte ze zrozumieniem. Przed wyjściem poproszono nas o zgodę na wspólne zdjęcie. Tym razem dołączył do nas senior rodziny i zmieniając się miejscami, przy użyciu i naszych aparatów i smartfonów gospodarzy, zrobiliśmy serię zdjęć. Na koniec poprosiłem Eksana, żeby tłumacząc na Farsi podziękował rodzicom za wspaniały obiad oraz podkreśliłem jak bardzo jesteśmy zaszczyceni zaproszeniem do ich domu. Chciałem jeszcze dodać coś o stole, ale szybko sobie uświadomiłem, iż z braku w ich życiu tego mebla, nawet przenośne znaczenie tego słowa mogłoby wywołać nieporozumienie, więc zrezygnowałem. Wychodząc z pokoju, zastaliśmy czekające tam na nas obie Panie. Mama i żona Eksana pozwoliły się przedstawić, ale poprzestały na delikatnym ukłonie okraszonym dyskretnym uśmiechem. Senior i najmłodszy mężczyzna w rodzinie odprowadzili nas do samochodu, którym wróciliśmy do mieszkania gospodarza. Pakując się zapytałem czy może nam wskazać sposób dojechania na dworzec autobusowy, na co on odparł, iż nie ma takiej potrzeby, ponieważ do Bander-a-Bas zawiezie nas taksówka. Trochę mnie wystraszyła ta grzeczność, choć wówczas jeszcze nie wiedziałem, że przed nami ponad sto kilometrów. Taksówki w Iranie są dosyć drogie, a dla nas, będących jeszcze na początku podróży wiele kwestii, także tych finansowych stało pod znakiem zapytania. Zastanawiałem się jak dyplomatycznie wybrnąć z tej sytuacji, kiedy w drzwiach pojawiła się żona Eksana. Wdała sie trochę zmieszana ponownym spotkaniem. Zapewne była przekonana, iż zdążyliśmy już wyjechać. Szybko zebraliśmy rzeczy i ponownie żegnając się z nią zeszliśmy na parking, gdzie czekał już na nas samochód. Kiedy wsiadaliśmy, zapytałem go, ile powinniśmy zapłacić. Usłyszałem, że nic, ponieważ taksówkarz jest jego znajomym. Co więcej, wysadzi nas przed terminalem pasażerskim portu, z którego odpływają promy na Hormoz. Trochę oponowałem wiedząc, iż jeśli nawet istnieją jakieś powody do świadczenia sobie grzeczności, to i tak za nasz przejazd ktoś musi coś zapłacić. Eksan był jednak stanowczy więc ograniczyłem się do wylewnych podziękowań. Tuż przed odjazdem dostaliśmy jeszcze reklamówkę z owocami i zmrożoną wodą. Kierowca, poza kilkoma słowami nie znał angielskiego, więc ponownie przeszliśmy na ogólnie zrozumiały język gestów. W taki sposób dowiedzieliśmy się, że zabieramy jeszcze jakieś osoby, więc ścisnęliśmy się na tylnym fotelu. W centrum miasteczka dosiadł się do nas młody chłopak. Zdziwiłem się, że wolał się tłoczyć z nami, zamiast usiąść z przodu, ale powód dla którego tak zrobił wyjaśnił się kilkanaście minut później. Samochód wyjechał z miasta i skierował się najpierw na północ, co było kolejnym zaskoczeniem, a po przejechaniu kilkunastu kilometrów skręcił w w stronę widocznych przed nami gór. Kilka kilometrów dalej zatrzymał się przed jakimś domem, przed którym czekała młoda kobieta. Kiedy zajęła miejsce obok kierowcy ponownie wjechaliśmy na drogę przelotową i tym razem zgodnie z przewidywaniem popędziliśmy na południe. Z jednej z nielicznych w dającym się nam zrozumieć tablic informacyjnych dowiedziałem się, iż od celu naszej podróży dzieli nas ponad sto kilometrów. Po raz kolejny poczułem wdzięczność za nieodpłatne zapewnienie nam transportu. Dziewczyna niemal od razu po zajęciu miejsca wyjęła telefon i rozpoczęła rozmowę, która trwała prawie do samego końca podróży. Przerywała ją tylko na chwilę, odpowiadając na pytania kierowcy, lub drugiego współpasażera. Ten odzywał się bardzo rzadko. Głównie wypytywał o nas, a kiedy jego ciekawość została zaspokojona poprosił nas o złożenie podpisów na kartce. W pierwszym odruchu zrobiliśmy to, ale po niewczasie przyszła refleksja. Zastanawialiśmy się po co siedemnasto-osiemnastolatkowi nasze imiona i nazwiska z odręcznymi sygnaturami. Wiedzeni podejrzliwością wysnuliśmy spiskową teorię o niecnych zamiarach młodziana. Szybko sami doszliśmy do wniosku, że jest ona bardzo mało prawdopodobna, ale cień niepokoju pozostał. Poprosiłem go więc o zwrot kartki, na której dopisałem, iż widniejące tam podpisy są nieważne a złożone zostały jedynie w celu wypróbowania długopisu. Chłopak wysiadł przed dworcem autobusowym w Bander-a-Bas, ale zanim się pożegnał, poprosił o możliwość zrobienia sobie z nami fotografii. Kiedy stało się za dość i tej prośbie pojechaliśmy do portu. Kierowca zatrzymał się przy bardzo ruchliwej, dwupasmowej drodze ale nawet w takich warunkach nie obyło się bez wspólnej fotografii, tym razem z dziewczyną. Zabrawszy plecaki poszliśmy prosto do nowoczesnego budynku morskiego terminala. W przestronnej, klimatyzowanej hali siedziało kilkanaście osób. Większość oglądała jakiś film na ogromnym monitorze. Na nasz widok wstała jedna z dziewcząt, podeszła do pustego biurka i zapytała w czym może pomóc. Zapytaliśmy o prom na Hormoz. Panienka powiedziała, że ostatni wypływa o dwudziestej i ma jeszcze dwa miejsca. Skwapliwie potwierdziliśmy chęć ich nabycia i płacąc po pięćdziesiąt tysięcy riali dostaliśmy komputerowy wydruk. Usiedliśmy na ażurowych fotelach. Postanowiłem wykorzystać czas do zaokrętowania na uzupełnienie notatek. Tak mnie to pochłonęło, że dopiero po powtórnym potrząśnięciu odwróciłem głowę w stronę kolegi. Hall opustoszał. Na szybko spakowawszy rozłożone rzeczy, popędziłem za przyjacielem na nabrzeże do przycumowanego tam stateczku. Zamiast spodziewanego promu była to niewielka jednostka przypominająca zabudowany tramwaj wodny. W mrocznym, ponurym wnętrzu było tłoczno i duszno. Trochę beznadziejnie rozglądaliśmy się w poszukiwaniu wolnego miejsca. Wyglądało na to, że rejs przyjdzie nam przebyć na stojąco, kiedy gdzieś w ostatnich rzędach podniosła się ręka i machnęła w naszą stronę. Nie byłem pewien czy właściwie zinterpretowałem ten gest, ale zacząłem się przepychać w tamtą stronę. Istotnie, machający do nas mężczyzna rozsuwał współpasażerów robiąc nam miejsce. Problemem było wepchnięcie się tam z plecakami, ale postawienie ich na kolanach rozwiązało sprawę. Teraz mogłem przyjrzeć się współpasażerom i kabinie. Na ciasno umieszczonych fotelach siedziały najczęściej całe rodziny. Większość osób miała ciemną karnację i rysy twarzy z wyraźną domieszką afrykańskich genów. Dzieci wiły się jak młode małpki pomiędzy starszym rodzeństwem a rodzicami. Niemowlęta gaworzyły lub popłakiwały uspokajane przez matki. Mężczyźni drzemali lub tempo patrzyli przed siebie. Pod fotelami zauważyłem pomarańczowe pakiety z kamizelkami ratunkowymi. Kiedy podłoga gwałtownie drgnęła pod stopami, a jednostajnie buczący silnik wszedł na wysokie obroty, na okna, za którymi właśnie zapadała noc, chlusnęła z rozmachem woda. Nie było żadnych powodów do niepokoju, a jednak wszystko to sprawiło, iż moje myśli potoczyły się w stronę jeszcze świeżych historii o uchodźcach pokonujących morskie trasy w przeładowanych pontonach. Doskonale zdawałem sobie sprawę z różnicy w okolicznościach, warunkach i sprzęcie pomiędzy tymi sytuacjami. Mimo to tłok, ciemność i zalewająca okna fala nie pozwalały mi pozbyć się natrętnych skojarzeń. Po ponad godzinnym rejsie, w ciemnościach pojawiły się rozbłyski na kroplach wody spływających po szybach. Z bardzo lakonicznej notatki o wyspie w moim przewodniku wywnioskowałem, że jest ona nie tylko bardzo mała, ale także pozbawiona jakiejkolwiek infrastruktury technicznej. Do tego stopnia byłem przekonany o jej zacofaniu, że zastanawiałem się czy są tam jakieś drogi i pojazdy mechaniczne. Co raz liczniejsze światła wyłaniające się z mroku sprawiły, iż zacząłem powątpiewać w rzetelność (lub słuszność interpretacji) przewodnika. Kiedy przybiliśmy do sporego i całkiem nowoczesnego terminala, byłem już tego absolutnie pewien. Nabrzeże tętniło życiem przejawiającym się głównie w intensywnym ruchu wszelkiej maści pojazdów. Dominowały motocykle, których bardzo młodzi kierowcy oferowali transport tak osób, jak i bagaży. Klucząc pomiędzy stojącymi w korku taksówkami zaczepiali każdego, kto sprawiał wrażenie potrzebującego i niektórzy znajdowali klientów. Odmawiając wszystkim na prawo i lewo przebiliśmy się przez tłum i wyszliśmy na drogę biegnącą wzdłuż nabrzeża. Nie znając topografii wyspy, nie wiedzieliśmy gdzie iść. Kierowani intuicją a może zaledwie impulsem, skierowaliśmy się w lewą stronę, choć przeciwległy kierunek wówczas wydawał się równie dobry. Słabo oświetlona ulica z wyglądu mogła znajdować się w którymś z krajów Magrebu. Niskie, zaniedbane budynki z płaskimi dachami, wąskimi zaułkami i uliczkami, z których co rusz wyłaniały się pojedynczo i stadami koty. Szum uderzających o brzeg fal od czasu do czasu przecinał jazgot nieoświetlonego motoru, którym nastoletni chłopcy wzniecali kurz na pulsującej gorącem minionego dnia drodze. Z otwartych na oścież okien i drzwi dochodziły odgłosy mieszkańców i odbiorników telewizyjnych zasysających świat przez pordzewiałe, talerze anten satelitarnych. Tu i ówdzie bawiły się dzieci, przerywając zabawę, kiedy się zbliżaliśmy. W milczeniu, przyglądały się nam z otwartymi buziami ale później doganiały nas i z bezpiecznego dystansu wołały: „Hello!” Nie czekając na reakcję, odbiegały rozbawione swoją śmiałością. Tak dotarliśmy do ciemnego zakrętu oddalającego nas od morza. Pomiędzy nim a drogą pojawiły się masywne, choć mocno wygryzione zębem czasu mury. Domyśliliśmy się, że nie szukając, znaleźliśmy jedyny obiekt zabytkowy wyspy – portugalską twierdzę z XVII wieku. Minęliśmy ją, zakładając, że obejrzymy ją w świetle dnia i poszliśmy dalej. Droga ponownie zbliżyła się do nabrzeża, które w tym miejscu zostało zagospodarowane na przystanie rybackie. Jedyne światło pochodziło z rzadko rozmieszczonych latarni ulicznych, więc brzeg musieliśmy wyłuskiwać z mroku. To, co udało nam się dostrzec nie zachęcało do rozbicia namiotu. Zdezelowane, niekompletne konstrukcje stojące na lub obok żelbetowych, w równie kiepskim stanie podestów. Pozostałe miejsca wypełniały głazy a nikłe spłachetki plaży miały dziwny kolor i zapach. Trudno nam było dociec co to jest, ale mnie kojarzyło się z bardzo starą ślusarnią, której wszystkie zakamarki pokrywa gruba warstwa tłustego od smarów, rdzawego pyłu. Penetrowaliśmy każdy zakamarek, niemal wymacując go rękoma, z co raz silniejszym przeświadczeniem, że tutaj nie uda nam się rozstawić namiotu. Kilkukrotnie usiłowaliśmy zapytać bardzo nielicznych przechodniów o bardziej dogodne miejsce do biwakowania, lecz bez efektu. Jeden z wcześniej indagowanych mężczyzn, który oferował nam wskazanie hotelu pojawił się ponownie na drodze i siedząc na motocyklu przyglądał nam się z uwagą. Podeszliśmy do niego a on, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, gestem pokazał głowę złożoną na poduszce i dodał coś w swoim języku. Założyliśmy, że skoro już raz wytłumaczyliśmy mu, iż szukamy miejsca pod namiot a nie hotelu, to zapewne bierze to pod uwagę. Przytaknąłem i ruszyliśmy we wskazanym kierunku. My maszerowaliśmy, on podjeżdżał kilkadziesiąt metrów po czym czekał aż się z nim zrównamy. Po kilkuset metrach zsiadł z motoru i prowadząc go zagłębił się w jedną z ciemnych uliczek, która z wąskiej zrobiła się bardzo wąska. Nic nie wskazywało na to, że gdzieś na jej końcu znajduje się trawnik nadający się pod namiot. Kiedy zatrzymaliśmy się przed metalową bramą łudziliśmy sie jeszcze, że zaproponuje nam gościnę w swoim ogródku lub mieszkaniu. Istotnie, za bramą było obszerne, wybetonowane podwórko. Z otwartych drzwi wyszła trzydziestokilkuletnia kobieta. Zapytałem czy mówi po angielsku. Odparła, że trochę. Powiedziałem jak tu dotarliśmy i czego szukamy. Wysłuchała z uwagą i wskazując na mężczyznę, który nas przyprowadził powiedziała, że to jej mąż. Oboje prowadzą hotel i podała mi bardzo przyzwoicie wydrukowaną wizytówkę. Niestety, mimo dwustronnego kolorowego druku, jedynym elementem dającym sie przeczytać było nazwisko: Hasan Daryapeyma. To, co zastaliśmy na wyspie, późna pora, zmęczenie sprawiły, iż postanowiliśmy skorzystać z oferty, tym bardziej, że podana cena trzystu tysięcy riali wydała nam się atrakcyjna. Wprost z betonowego podwyższenia, na którym staliśmy, zostaliśmy wprowadzeni przez usytuowane po prawej stronie drzwi do pomieszczenia, które nawet z dużą dozą tolerancji, trudno by uznać za hotelowe. Był to prostokątny pokój wyłożony bardzo zużytymi, choć chyba czystymi dywanami. Po lewej stronie drzwi stał spory, kuchenny piec na gaz z butli, który wypełniał cały narożnik. Dalej było dwoje drzwi a w następnym rogu duża, brzęcząca japońska lodówka. Na kolejnej ścianie wisiała lampa. Ściana z dłuższego boku wyróżniała się subtelną grafiką zacieków i plam oraz ustawionymi wzdłuż czystymi poduszkami. Ostatni narożnik a właściwie wąski kawałek ściany po prawej stronie drzwi wejściowych wypełniał ogromny klimatyzator, który po uruchomieniu przez właściciela metalicznie zazgrzytał. Jego śmigło miało chyba w młodości aspiracje lotnicze, bo obracając się w tempie godnym wirnika samolotu sprawiało wrażenie, że za chwilę wyrwie się z obudowy i odleci na kontynent. Pod sufitem bezczynnie wisiał wentylator. Nie zdążyliśmy jeszcze rozpakować plecaków, kiedy przez jazgot klimatyzacji przebiło się pukanie do drzwi i pojawił się Hasan z termosem, szklaneczkami i cukrem. Nalaliśmy sobie herbaty, zasiedliśmy na dywanie i dokładniej przyjrzeliśmy się naszemu „apartamentowi” dochodząc do wniosku, że ma wszystko, czego moglibyśmy potrzebować. Prysznic z toaletą był na przeciwległym końcu podwórka a mała umywalka na zewnętrznej ścianie. Po szybkiej kąpieli i przepierce rozłożyliśmy śpiwory i poddaliśmy się wpływom Morfeusza.


DZIEŃ PIĄTY 27 maja 2016 (Zahedan)
Noc była upalna. Po raz pierwszy nie zmarzliśmy. Po szóstej zabraliśmy się do zwijania namiotu. Przy pakowaniu plecaków natknąłem się na foliową torbę, którą ktoś nam wetknął podczas zamieszania w poprzednim parku. Wewnątrz była duża butelka wody mineralnej, dwie puszki z nektarem owocowym i dwie paczki biszkoptów. Byliśmy spragnieni więc chętnie skorzystaliśmy z wody. Kiedy krzątaliśmy się przy pakowaniu, w pobliżu kręcił się bardzo wysoki, szczupły mężczyzna. Ciemna karnacja, rysy twarzy i ubiór wskazywały na to, że pochodzi z Pakistanu lub Afganistanu. Teraz podszedł do nas i zrozumiałym na całym świecie gestem dał nam do zrozumienia, że jest głodny. Wyjąłem z torby jedną puszkę nektaru i opakowanie biszkoptów, dołożyłem do niej banan, który został nam z kilku kupionych na podróż i podałem mężczyźnie. Przyjął poczęstunek i usiadł opodal na murku sadzawki. Jadł w milczeniu spoglądając od czasu do czasu w naszą stronę. My także podzieliwszy się tym, co zostało, zjedliśmy naprędce i poszliśmy w kierunku szpitala. Kiedy mój kolega poszedł się umyć wyjąłem przewodnik, żeby ustalić dalszy plan zwiedzania i już pierwsze zdanie wprawiło mnie w konsternację. Po raz kolejny przeczytałem: „Zahedan (ok. 600 tys. mieszkańców) jest jedynym (...) miastem, do którego (...) nie ma po co przyjeżdżać” „Jak to możliwe? Dlaczego zatem umieściłem Zahedan w planie podróży? ” Pytałem sam siebie i nie potrafiłem znaleźć sensownej odpowiedzi. Wiedziałem, że kiedy Przyjaciel wróci i zapyta co będziemy zwiedzać, będę musiał się przyznać, że wszystko to, co nas spotkało od wyjazdu z Bam, było absolutnie bez sensu. Przejechaliśmy kilkaset kilometrów na darmo i trzeba będzie pokonać je znowu, żeby znaleźć się dokładnie tam, gdzie byliśmy poprzedniego dnia. Nerwowo przerzucałem kartki przewodnika, żeby zrozumieć kiedy i gdzie popełniłem błąd, a dzięki temu jakoś wytłumaczyć się z niego. Wiedziałem, że mój Towarzysz Podróży przyjmie całą tę sytuację z uśmiechem, bez cienia pretensji, wszak nic poważnego się nie stało, ale przecież mogło. Na samym końcu rozdziału dostrzegłem dwie gwiazdki jakimi oznaczałem punkty szczególnie godne uwagi. Znalazłem powód, dla którego Zahedan znalazł się na „szortliście” trasy. Modliłem się, żeby w opisie tych miejsc było to, co usprawiedliwi mnie przed sobą samym. Niestety, poza nagłówkiem „Inne miejsca, które warto odwiedzić” i nazwą miejsc: Tachte Solejman i Firuzabad było bardzo mało informacji. Przy pierwszym, że został wpisany na listę UNESCO a przy drugim, że to ruiny pałacu Ardaszira. Ani słowa o kierunku czy odległości od miasta, w którym się obudziliśmy. Skoro jednak oba miejsca zostały umieszczone w rozdziale o Zahedanie... Korzystając z faktu, iż nieobecność kolegi się przedłużała, postanowiłem zapytać kogoś z miejscowych. Podszedłem do recepcjonistki i zapytałem czy mówi po angielsku. Ta pokręciła przecząco głową, ale gestem dłoni poleciła mi czekać. Podniosła słuchawkę i po chwili podeszła do nas młoda, bardzo ładna dziewczyna. Perfekcyjnym angielskim zapytała w czym może mi pomóc. Odparłem, że jestem turystą z Polski, zwiedzam Iran i chciałbym prosić o wskazanie najciekawszych miejsc w okolicy. Miałem cichą nadzieję, że wyraz zdziwienia, jaki odmalował się na twarzy dziewczyny był tylko wynikiem mojej fatalnej znajomości języka. Niestety, zaskoczyło jej połączenie wyrażeń: turysta, zwiedzanie i ...Zahedan. Powiedziała mi, że wprawdzie nie pochodzi stąd, ale nigdy nie słyszała, żeby w samym mieście czy najbliższej okolicy było coś do zwiedzania. Nigdy też wcześniej nie zetknęła się z jakimikolwiek turystami, nie mówiąc o obcokrajowcach. Z tego wywodu usłyszałem przede wszystkim to, że nie pochodzi z Zahedanu, a zatem może o czymś nie wiedzieć. Jak ostatniej deski ratunku uczepiłem się dwóch zdań z przewodnika. Pokazałem jej ( dla pewności pisane w Farsi ) nazwy obu miejsc upierając się, że skoro polski wydawca umieścił je w przewodniku, to muszą gdzieś tu być. Dziewczyna wyciągnęła smartfon, wpisała po kolei obie nazwy i już po chwili nadzieja rozwiała się niczym poranna mgła. W rzeczy samej i sasanidzka twierdza, doceniona przez UNESCO, jak i ruiny pałacu są w Iranie i warto je zwiedzić, ale należy w tym celu udać się ...na północny zachód. W okolice Tabrizu. Dlaczego zatem wzmianka o nich znalazła się pod rozdziałem o Zahedanie? Odpowiedź była teraz równie oczywista, jak fakt, że go przeoczyłem. Miejscowości w przewodniku zostały ułożone alfabetycznie. Zahedan, siłą rzeczy, znalazł się na samym końcu, tuż przed kończącym tą część przewodnika punktem „Inne miejsca, które...” Wiedziałem, że moja wiarygodność i rzetelność przepadły. Wiedziałem i nie mogłem się z tym pogodzić. Kiedy moje myśli kłębiły sie wokół znalezienia najłagodniejszej formy przyznania sie do błędu, rozmówczyni, jakby przejęta tym, iż niczego nie mogła mi podpowiedzieć zapytała czy w jakiś inny sposób może pomóc. Przypomniałem sobie o kartce z telefonami od naszego „nocnego” opiekuna. Zapytałem, czy może zadzwonić do niego i zapytać czy nadal chce się z nami zobaczyć, ponieważ w tej sytuacji zapewne szybko wyjedziemy z miasta. Nie tyle kierowała mną zadeklarowana chęć osobistego pożegnania się z Danialem, co nadzieja na jakąś podpowiedź ( wszak nadzieja umiera ostatnia ) lub w ostateczności podrzucenie na dworzec i pomoc przy kupnie biletów. Dziewczyna wybrała najpierw jeden z numerów, a kiedy nikt nie odpowiadał, drugi. Ponownie bez efektu. Podziękowałem za starania i wróciłem do poczekalni. Mój Przyjaciel, wymoczony jakby się kąpał w ubraniu ( może z resztą właśnie tak było ) właśnie zmierzał w tę samą stronę. Rozłożyłem mapę i nie patrząc mu w oczy powiedziałem, jak wygląda sytuacja. Przyjął to z uśmiechem. Powiedział, że nic się nie stało. Właśnie zamierzaliśmy wyjść kiedy podszedł do nas jakiś mężczyzna i poprosił nas do gabinetu pani doktor. W pierwszym momencie pomyślałem, że pomylił nas z kimś innym, ale wokół byli sami miejscowi, więc poszliśmy za nim. Za biurkiem siedziała dziewczyna, z którą przed chwilą rozmawiałem. Poprosiła, żebyśmy usiedli i zapytała czy napijemy się herbaty. Nie bardzo rozumiałem w jakim celu nas zaprosiła, tym bardziej że w poczekalni było kilkoro pacjentów, ale propozycja była kusząca, więc przytaknąłem. W chwilę później przyniesiono tackę z trzema szklankami herbaty, cukrem i ciasteczkami. Z zażenowaniem ćwiczyłem swój angielski rozmawiając z młodą lekarką. Kiedy opowiedziałem jej o Danialu zaproponowała, że zadzwoni jeszcze raz. Pierwszy numer nadal nie odpowiadał, ale ponowna próba połączenia się z drugim okazała się skuteczna. Kiedy skończyła rozmawiać powiedziała, że nasz znajomy spał jeszcze i dlatego nie odbierał telefonu, ale postara się przyjechać w ciągu czterdziestu minut. Kiedy wstała z fotela, zrobiliśmy to samo, szybko dopijając herbatę, uznając, iż „wizyta” dobiegła końca. Pani doktor jednak powiedziała, żebyśmy usiedli i wyszła z gabinetu. Kiedy ponownie drzwi się otwarły zamiast niej weszła kobieta, która wcześniej przyniosła herbatę. Tym razem na tacy miała miseczki z pokrojonymi jarzynami, serem, miejscowy chleb i ciastka. Rozścieliła na biurku serwetę i bez słowa wyłożyła zawartość tacki. Byliśmy bardzo zaskoczeni, ale i ogromnie wdzięczni. Nie wiedzieliśmy, czy czekać na naszą uroczą gospodynię, ale pamiętając o tutejszych zwyczajach, uznaliśmy iż celowo wyszła, żebyśmy sami mogli zjeść. Kiedy raczyliśmy się poczęstunkiem, do gabinetu ktoś zapukał i po chwili przez uchylone drzwi zajrzał Danial. Ten dosyć niecodzienny, jak sądzę, widok speszył go trochę. Powiedział tylko, że jest w korytarzu i nie czekając na naszą reakcję zamknął drzwi. Dokończyliśmy śniadanie i przeszliśmy do poczekalni. Nie chciałem wychodzić bez pożegnania, więc poszedłem do recepcji i zapytałem o lekarkę. Wskazano mi otwarty pokój obok. Wewnątrz siedziało kilka osób, wśród nich pani doktor. Stojąc w drzwiach podziękowałem za przyjęcie, pomoc i śniadanie. Kiedy jednak chciałem się pożegnać poproszono mnie żebym usiadł. Po raz kolejny byłem zbity z tropu. Tak jak poprzednio nie wiedziałem czemu ma to służyć. Znowu opowiadałem jak trafiliśmy do Zahedanu, skąd jesteśmy i jak nam się podoba w Iranie. Kiedy skończyłem, lekarka zapytała czy zgodzę się na wspólne zdjęcie. Oczywiście przytaknąłem, ale poprosiłem, żeby zaczekała i wyszedłem po kolegę. Rzecz jasna nie skończyło się na jednym zdjęciu. Wszyscy wyjęli smartfony, a my swoje aparaty i rozpoczęła się „sesja fotograficzna”. Na zakończenie cały zespół życzył nam udanej podróży, a ich serdeczne uśmiechy towarzyszyły nam aż do drzwi. Ze szpitala, na naszą prośbę, pojechaliśmy na tdworzec autobusowy, gdzie przy wydatnej pomocy naszego opiekuna kupiliśmy bilety do Bander-a-Bas. Mieliśmy do wyboru zwykłe miejscówki albo VIP-owskie. Wybraliśmy oczywiście te najtańsze, płacąc sześćset riali. Wracając z dworca Danial zatrzymał się, żeby zabrać swojego kolegę. Dalej pojechaliśmy we czterech. Już Kermanie zauważyłem, że niemal każda latarnia „ozdobiona” jest sporych rozmiarów portretem. Początkowo sądziłem, że trafiliśmy na okres kampanii wyborczej ale mijane plansze były zbyt solidne, jak na wyborcze prowizorki. Widoczni na nich mężczyźni, byli młodzi lub bardzo młodzi. Spora część zdjęć była słabej jakości, z widocznymi retuszami ale nie było to spowodowane złą jakością druku a raczej brakami materiału źródłowego. Nie mogłem się powstrzymać i zapytałem kim są ludzie na portretach. „Ci? A, to szahidzi1” usłyszałem w odpowiedzi. W pierwszej chwili mnie „zatkało”. Nawet nie to, co usłyszałem ale absolutny spokój, czy wręcz obojętność z jaką to zostało powiedziane. Nie wiedziałem jak zareagować, wszak w naszym współczesnym pojęciu „szahid” to wcielenie zła, terrorysta rozrywający się w publicznym miejscu. Gdybyśmy byli w ISIS (zakładając, że tam moglibyśmy tak swobodnie się poruszać), mógłbym to zrozumieć ale tutaj?! Ciekawość zwyciężyła poprawność i zapytałem o owych szahidów. Odpowiedź wydobyła na światło dzienne całą moją ignorancję. Szachid, w myśl encyklopedycznej definicji, to męczennik oddający życie w walce za wiarę. Gdybyśmy w Polsce używali takiego określenia, to Henryk Pobożny, w podręczniku do historii byłby ...szahidem. Większość portretów przedstawiała portrety bohaterów wojny irańsko-irackiej z lat osiemdziesiątych XX wieku. Zbyt odległej, żeby budzić jakieś większe emocje wśród dzisiejszych dwudziesto-trzydziestolatków. Oglądanie miasta rozpoczęliśmy od kolejnego parku w pobliżu lotniska. Ten był dopiero w trakcie organizowania. Żwirowe alejki wykładano krawężnikami i kostką, a z rzadko rosnące drzewa dawały niewiele cienia. Nigdzie nie było ławek, więc przysiedliśmy na krawężnikach i rozmawialiśmy. Kolega naszego nowego przyjaciela sprawiał wrażenie, iż rozumie to, co mówimy, ale sam mówił tylko w Farsi. Danial usiłował tłumaczyć w obie strony lecz zasób jego słownictwa był jeszcze mniejszy aniżeli nasz, więc często korzystał z aplikacji w smartfonie. Tak dowiedzieliśmy się, że on sam skończył na miejscowym uniwersytecie wydział tradycyjnego rękodzieła artystycznego. Wykonuje jakieś formy przestrzenne do dekoracji miasta i jednocześnie zajmuje się czymś w rodzaju tapicerstwa, kaletnictwa. Nas wypytywał o Polskę, warunki życia w Europie. Jego kolegę natomiast interesowały głównie relacje damsko-męskie. Trochę nas to bawiło, lecz z rozmowy wynikało, iż dla wielu młodych mężczyzn w Iranie jest to poważny problem. Wszelka bliższa znajomość musi być akceptowana, a najlepiej jeśli jest aranżowana przez rodzinę. Małżeństwa zawierane są najczęściej w kręgu rodziny lub bardzo bliskich znajomych. Brak któregoś z tych warunków jest znaczącym utrudnieniem, a często przeszkodą nie do sforsowania. W trakcie rozmowy byliśmy przedstawiani znajomym naszych nowych przyjaciół. Jeden z nich poczęstował nas lodami, które chwilę wcześniej kupił dla siebie. Po godzinie, może trochę dłużej pojechaliśmy dalej. Naocznie mogliśmy się przekonać, że krytyczna uwaga z przewodnika o Zahedanie, była uzasadniona. Spore, jak na polskie realia, miasto niczym się nie wyróżniało. Nowoczesna, wielkomiejska zabudowa przeplata się tam z niską, typową dla całego bliskiego wschodu. Na ulicach sporo ciemnoskórych imigrantów zza wschodniej granicy. Ich widok najwyraźniej budził zażenowanie u naszych gospodarzy. Po śniadaniu w szpitalu byliśmy najedzeni, ale kolega Daniala zaprosił nas na lunch do restauracji. Obaj nie wyglądali na bardzo zamożnych, więc nie chcieliśmy, żeby wydawali na nas pieniądze. Z drugiej strony też nie chcieliśmy płacić tam, gdzie nie było to konieczne, ponieważ byliśmy dopiero na początku naszej podróży. Na szczęście owa restauracja, okazała się być czymś pomiędzy studencką stołówką, a barem dworcowym, usytuowana w dość „szemranej” dzielnicy. Potwierdzeniem tego spostrzeżenia była sugestia Daniala, żeby nie zostawiać w samochodzie plecaków. Zabraliśmy więc nasze toboły ze sobą. Przy wyborze dań (podejrzewam, że jeśli był, to niewielki) zdaliśmy się na gospodarzy. Niemal wszyscy, przy licznie obsadzonych stolikach, przyglądali się nam z nieukrywanym zainteresowaniem. Odniosłem też wrażenie, że cieszy to Daniala i jego przyjaciela, a nawet w jakimś sensie jest to dla nich swoisty powód do dumy. Kilkukrotnie przedstawiano nas grupkom mężczyzn. Zazwyczaj, z powodu nieznajomości języków, sprowadzało się to do wymiany imion i uśmiechów. Już po kilku minutach, po raz pierwszy słyszane egzotyczne imiona, umykały z pamięci, ale jestem pewien, że i nasze nie zagościły na dłużej w pamięci tych, którym ściskaliśmy dłonie. Przed nami pojawiły się chrupkie prażynki, ryż i mięso w gęstym, warzywnym sosie. Jak na bardzo niechętnych wszystkiemu co amerykańskie przystało, do picia podano ...Coca Colę. Kiedy z uśmiechem wytknąłem to, dowiedziałem się, że słodki symbol amerykańskiego stylu życia jest jak najbardziej na miejscu, ponieważ jest produkowany w Iranie. Wszystko było smaczne, choć spodziewałem się bardziej zdecydowanych, ostrzejszych smaków. Po posiłku pojechaliśmy do pracowni Daniala, zostawiliśmy tam nasze plecaki a ja, korzystając z okazji, podłączyłem ładowarkę aparatu fotograficznego. Odciążeni ruszyliśmy dalej i po kilku minutach zatrzymaliśmy się przed jednopiętrowym, skromnym budynkiem, usytuowanym w uliczce zabudowanej podobnymi domami. Nasz opiekun wyjaśnił, iż dom ten ma po rodzicach, a dzieli go z bratem i jego rodziną, która zajmuje parter. Weszliśmy wąską klatką schodową na piętro. Mieszkanie składało się z niedużego pokoju i połączonej z nim kuchni. Głównym wyposażeniem były telewizor i ustawione pod ścianą kanapy. Okna zasłaniały grube kotary, a głośno pracująca klimatyzacja wpychała do wnętrza zimne powietrze z siłą huraganu. Jak mogliśmy się przekonać trochę później, wyjście z kuchni na balkon było jednocześnie przejściem do bardzo małej łazienki i ubikacji, które z niego wydzielono. Zachęcani przez gospodarza siedliśmy na kanapie, ale kiedy na dywanie pojawiła się taca z herbatą, dosiedliśmy się do pozostałych. Towarzyszyła nam kilkuletnia córka Daniala i jej kuzyn. Ośmioletni syn był w szkole. Zapowiadało się na sjestę. Rozmowy miały co raz wolniejsze tempo, a gospodarze przyjmowali bardziej horyzontalne pozycje. Dla nas, przywykłych do ciągłej aktywności, było to trochę nudne, lecz była to także dobra okazja do przyglądania się miejscowym zwyczajom. Po pewnym czasie Danial powiedział, że musi pojechać po żonę. Zostaliśmy z jego kolegą i dziećmi, dla których szybko przestaliśmy być atrakcją. Na dywanie pojawiło się pudełko z grą, którą widzieliśmy i w Turcji i Armenii, lecz której zasady nadal pozostawały dla nas tajemnicą. Nie przeszkodziło to koledze zagrać, a co ciekawsze, także wygrać pierwszą partię. Kiedy w drzwiach pojawiła się młoda kobieta poderwaliśmy się na nogi, co wcale nie było takie proste, bo po dłuższym siedzeniu ich wyprostowanie było bolesne. Pomni wyczytanych w przewodniku zasad ograniczyliśmy się do ukłonów. Ponownie zostaliśmy poczęstowani herbatą, a Danial, pamiętając iż Mój Towarzysz Podróży kilkakrotnie wspominał o konieczności umycia się namawiał nas na ...pływalnię. Najpierw oględnie, później już wprost mówiliśmy, że nie tyle mamy ochotę na pływanie, ile na spłukanie z siebie brudu. W końcu, udając przebłysk pomysłowości zapytaliśmy czy moglibyśmy umyć się w ich domowej łazience. Nie wiedziałem, czy nie naruszamy jakiejś sfery prywatności, tym bardziej iż mimo ogromnej życzliwości i chęci do wszelkiej pomocy, o łazience nikt z gospodarzy nawet nie wspomniał. Jeśli tak właśnie było, to oboje przemilczeli tę kwestię i zgodzili się. Z ulgą, świadomi czekającej nas nocy w autobusie, wzięliśmy prysznic. Dopełnieniem tego luksusu byłaby zmiana ubrań, ale te zostały w plecakach, więc musieliśmy poprzestać na myciu. Zbliżała się pora odjazdu. Najwyraźniej jednak Danial czekał na sygnał od nas, jakby obyczaj uniemożliwiał mu nakłaniana nas do wyjścia, nawet jeśli byłoby to w naszym interesie. Podziękowaliśmy gospodyni i ponownie, nie zbliżając zanadto, pożegnaliśmy się z nią. Nieoczekiwanie Danial zapytał, czy nie chcielibyśmy zostać jeszcze jeden dzień. Nie wiedzieliśmy, czy ta propozycja to autentyczna chęć zatrzymania nas u siebie czy kolejny nakaz gościnności. Tak czy inaczej byliśmy zdecydowani jechać dalej więc jedynie podziękowaliśmy, tłumacząc się napiętym planem podróży. Po odebraniu plecaków, już w drodze na terminal, zatrzymaliśmy się przy maleńkiej kawiarence, jako że kolega Daniala chciał nas na koniec zaprosić na kawę. Przyjaciel poprosił o herbatę, ja zaś chętnie wypiłem podane mi espresso, do którego w małym kieliszku dodano bardzo aromatyczny i przeraźliwie słodki sok. Nie uniknęliśmy kolejnych uścisków dłoni ze znajomymi obu panów, pozwoliliśmy zrobić sobie kilka pamiątkowych zdjęć i w końcu dotarliśmy na dworzec. Zaraz po wyjściu z samochodu Danial poprosił mnie o pokazanie mu biletu. Myślałem, że chce sprawdzić peron albo miejsca, więc chętnie mu go podałem, ale on nawet nie spojrzał na blankiet, tylko odszedł w kierunku kas. Wrócił po kilku minutach i oddał mi bilet. Zapytałem czy wszystko jest w porządku. Potwierdził i tajemniczo się uśmiechnął. Podeszliśmy do właściwego autobusu. Mieliśmy jeszcze kilkanaście minut do odjazdu, nasze plecaki zostały upchnięte w luku bagażowym więc wypełnialiśmy czas wzajemnymi zapewnieniami o przyjaźni, utrzymywaniu kontaktu i wdzięczności za wszystko, co obie strony uznały za uprzejmość. Na koniec, kiedy już trzeba było wsiąść, Danial powiedział, że mamy zająć miejsca VIP-owskie. Zapytałem dlaczego, gdyż dokładnie pamiętałem jak zdecydowałem o kupnie tańszej opcji. W odpowiedzi usłyszałem, że to jego pożegnalny prezent. Najwyraźniej, kiedy zabrał bilet, zrobił dopłatę do wyższej klasy. Istotnie, posadzono nas na fotelach z dużym odstępem, co dla wysokiego kolegi, istotnie stanowiło podwyższenie standardu podróżowania. Wyruszyliśmy w drogę zostawiając nieciekawy, ale jakże interesujący ze względu na spotkanych ludzi Zahedan. Za oknami gęstniał mrok, a dwie kolejne rogatki przypomniały nam, że jesteśmy w strefie nadgranicznej. Znowu byliśmy kontrolowani i ponownie usiłowano sprawdzić czy pamiętamy własne nazwiska, co było o tle śmieszne, że pytający sami nie potrafili je przeczytać. W którymś momencie musiałem zasnąć, bo zostałem gwałtownie zbudzony poleceniem opuszczenia autobusu i zabrania bagażu. Rozespany pomyślałem, że dojechaliśmy na miejsce, ale wokół było ciemno. Kiedy wyszarpywałem z luku plecaki dotarło do mnie, że stoimy na czymś przypominającym przejście graniczne a wszyscy przygotowują dokumenty i bagaże do kontroli. Przez moment nawet pomyślałem, że pomyłkowo znaleźliśmy się w autobusie międzynarodowym i wjeżdżamy do Pakistanu albo Afganistanu. Było to niepokojące, ale przy tym ekscytujące. Prawda okazała się bardziej banalna. Była to zwykła, choć bardziej skrupulatna, kontrola drogowa. Niemal zaraz po zajęciu miejsc, siedzący kilka miejsc przed nami chłopak przysiadł się bliżej i zaczął wypytywać o to, o co zazwyczaj pytali wszyscy. Teraz towarzyszył nam i nadal kontynuował przerwaną rozmowę. Po ponownym zajęciu miejsc, mimo bardzo późnej pory, niezmordowanie ciągnął rozmowę. Kiedy dostrzegł, że mimo dobrych chęci zaczynam przysypiać, niespodziewanie zapytał, czy nie chcielibyśmy go odwiedzić. Wcześniej rozmawialiśmy o celu naszej podróży. Doradzał nam jak trafić do portu, z którego odpływają statki na okoliczne wyspy. Teraz argumentował, że u niego możemy wypocząć, a kiedy zechcemy, on ułatwi nam dalszą podróż. Wydawało się to rozsądne, a jednocześnie ciekawiła mnie możliwość zobaczenia kolejnego irańskiego mieszkania czy domu. Szybko uzgodniłem modyfikację planu z kolegą i przekazałem decyzję Eksanowi. Ucieszył się i zapewnił, że w odpowiednim czasie nas obudzi. Fotele nie specjalnie nadawały się do spania, a klimatyzacja mroziła wręcz powietrze w autobusie, ale późna pora i zmęczenie zrobiły swoje i po krótkiej walce przegrałem potyczkę z sennością, z której dopiero wyrwało mnie gwałtowne potrząsanie. Z mrocznego wnętrza autobusu mój wzrok wyłuskał śniadą, uśmiechniętą twarz a wolno wracająca świadomość połączyła ten widok w całość, nadając sens agresji na królestwo Morfeusza. Angielskie słowa „Mister, wake up!”, powtarzane jak mantra, przyspieszyły procesy myślowe. Eksan stwierdziwszy, że ocknąłem się na tyle, żeby przyjąć większą dawkę informacji dodał: „Jeśli chcesz jechać do mnie, to musimy za chwilę wysiąść”. Obudziłem Przyjaciela i pozbierawszy swoje drobiazgi przeszliśmy do przodu autobusu, a kiedy ten się zatrzymał, wysiedliśmy. Autokar, nadal migając światłami awaryjnymi zniknął w ciemności a nas ogarnęła wszechobecna cisza. Asfaltową szosę otaczały mrok i pustka.

DZIEŃ CZWARTY 26 maja 2016 (Bam)
Po chłodnej nocy, wraz ze słońcem gwałtownie podniosła się temperatura. Jeszcze w trakcie pakowania się zrobiło się wręcz upalnie. Ustaliliśmy, że po porannej toalecie znajdziemy źródło wrzątku i zjemy śniadanie przed znalezieniem transportu do miejscowości Bam. Maszerowaliśmy wzdłuż ciągu sklepików, straganów i różnego autoramentu punktów usługowych, lecz o tej porze albo były zamknięte, albo nie były wyposażone w pożądany przez nas samowar. Wychodząc z wewnętrznego dziedzińca meczetu mijaliśmy grupkę nastoletnich dziewcząt. Jedna z nich, śląc nam piękny uśmiech, przywitała się po angielsku. Uznałem to za wystarczający pretekst do zapytania o źródło gorącej wody. Niezmieszana, jak mogłem oczekiwać, dziewczyna rezolutnie wskazała kierunek i napomknęła coś o restauracji. Niczego takiego nie udało nam się znaleźć przy głównej drodze, lecz zaczepione dzieciaki poprowadziły nas wąską uliczką w kierunku, jak mogę się domyślać, bazaru i wskazały otwarte drzwi do pomieszczenia, które przypominało jednostolikowy, archaiczny bar lub jadłodajnię. Jedyną osobą była drobna staruszka, którą trudno było posądzić o znajomość innego języka poza rodzimym. Doskonale operujący gestykulacją przyjaciel, z łatwością uzyskał to, po co przyszliśmy. Co więcej, gorącą papkę, która powstała po zalaniu zawartości saszetek wrzątkiem mogliśmy zjeść przy stoliku, siedząc na plastikowych krzesłach. Odchodząc, kolega z rozczulającą hojnością wręczył starszej pani banknot pięciotysięczny. Kwota była bardziej niż symboliczna, ale i tak wywołała uśmiech (mam nadzieję że życzliwości a nie ironii). Pokrzepieni poszliśmy szukać transportu. Kiedy zapytaliśmy o to w pobliskim, ładnie położonym hotelu. Ku wielkiemu zaskoczeniu usłyszeliśmy, że mimo iż Mahan leży na trasie do Bam, to autobusy tam jadące nie zjeżdżają z drogi do miasta, więc żeby do któregoś wsiąść, trzeba pojechać do ...Kermanu! Nasze miny musiały być bardziej wymowne aniżeli nasz koślawy angielski, bo nasz rozmówca zaproponował, że spróbuje dodzwonić się do kierowcy najbliższego autobusu i jeśli dotrzemy w okolice posterunku policji w ciągu dwudziestu minut, to może zostaniemy zabrani po drodze. Gdyby nie relatywnie krótki czas, pewnie rozważalibyśmy dotarcie tam na piechotę, ale chcąc jak najszybciej wyruszyć w drogę zaraz po wyjściu zaczepiliśmy kierowcę jakiegoś samochodu i namówiliśmy go na podwiezienie nas na posterunek. Kwota, którą wymienił wydała nam się stanowczo przesadzona, ale nie było czasu na negocjacje, więc przeboleliśmy nieprzewidziany wydatek i wpakowaliśmy się do pojazdu. Naiwnie, za każdym zakrętem, wyglądaliśmy radiowozów stojących przed rządowym budynkiem z godłem czy flagą. Tymczasem samochód wyjechał z miasta i pędził wielopasmową drogą w kierunku Kermanu. Po dwudziestu minutach nadal jechaliśmy w przeciwnym od planowanego kierunku podejrzewając, że znowu zostaliśmy źle zrozumiani. Nadzieję, na złapanie autobusu ustąpiła miejsca obawie, że wylądujemy nie wiadomo gdzie, za co znowu przyjdzie nam zapłacić lub wykłócać się z kierowcą. Na szczęście nic takiego się nie stało. Na pierwszej blokadzie jakie zagradzają dojazd do każdego większego miasta w Iranie kierowca zatrzymał się, pokazał barak z stojącym przed nim patrolem i dał do zrozumienia, że jesteśmy na miejscu. Przez kolejne półtorej godziny prażyliśmy się w pełnym słońcu budząc zainteresowanie wszystkich jadących w obu kierunkach ludzi, zanim zatrzymaliśmy autobus jadący do Bam. Nie zdziwiło nas, że zamiast na dworcu w centrum miasta, wysadzono nas na sporej krzyżówce dróg pośród pustkowia. Po prostu zaczynaliśmy się przyzwyczajać do miejscowych realiów. Podeszliśmy do wiaty z ciasno zaparkowanymi samochodami i ustaliliśmy tryb negocjacji. Przekonani o własnej przenikliwości i nabytemu doświadczeniu, uzbrojeni w przewodnik otwarty na właściwej stronie, zapytaliśmy zgromadzonych mężczyzn o Arg-e-Bam. Szczególnie starannie wymawiając nazwę „Glinianego Miasta”, (założonego za czasów dynastii Sasanidów panującej w latach 225-651 n.e.) chciałem uniknąć sytuacji, jaka miała miejsce w Kermanie. Wprawdzie wydawało się to zbędne, ponieważ trudno porównywać anonimowy budynek poczty ze słynnym na cały świat, wpisanym do rejestru UNESCO, gigantycznym miastem, które rozpadło się w wyniku trzęsienia ziemi w 2003 roku, ale strzeżonego... i tak dalej. Panowie, zgodnie oświadczyli, że jedyny dostępny środek transportu to taksówka i natychmiast zaoferowali swoje usługi. Żeby nie postępować pochopnie, wycofaliśmy się na wcześniej zajmowaną ławeczkę i na zmianę kilkukrotnie usiłowaliśmy skonfrontować tą informację z innymi ludźmi. Istotnie, wszyscy pytani potwierdzili brak alternatywnych środków transportu publicznego. Nie widząc innej możliwości powróciliśmy do taksówkarzy i podjęliśmy negocjacje cenowe. Z absurdalnych kwot podawanych na początku dobrnęliśmy do stu pięćdziesięciu tysięcy riali. Świadomi komizmu sytuacji, z całą powagą jeszcze kilkukrotnie na zmianę wymieniliśmy nazwę miejsca, i pokazaliśmy ustaloną kwotę w banknotach. Za każdym razem kierowca, który nas miał zawieźć na miejsce kiwał twierdząco głową. Uspokojeni wsiedliśmy do samochodu, trochę jednak zaskoczeni, że razem z nami zabrał się jeszcze jeden mężczyzna. Pojazd rozpędził się do granic możliwości i pomknął w kierunku szeroko otwartej przestrzeni. To także było dziwne, bo tych rozmiarów miasto, nawet w ruinie powinno być z daleka widoczne, no ale skoro mieliśmy do niego ponad piętnaście kilometrów... Po przejechaniu około ośmiu, kierowca wskazał nam płaską, betonową kopułę o średnicy kilkunastu, może dwudziestu metrów i powiedział, że to jest to. Tym razem, bez namysłu, zaprotestowaliśmy równocześnie. Wykrzykiwaliśmy „ARGIE BAM!, ARGIE BAM!” wyrażając na wszelkie możliwe sposoby sprzeciw. Kierowca zwolnił i wraz z kolegą usiłował wmówić nam, że jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być. W tym momencie, po przeciwległej stronie drogi minęliśmy wielki bilbord ze zdjęciem twierdzy i ruin miasta. Wskazałem go palcem i wrzasnąłem: „ARGIE BAM!!!”. Kierowca mruknął coś, co po polsku pewnie zabrzmiało by: „...no to trzeba było tak mówić od razu” i wjechał na stację paliw. Zatankował gaz, zawrócił na odległym o kilka kilometrów dalej zjeździe i pomknął w kierunku, z którego właśnie przyjechaliśmy. W pobliżu postoju zjechał w prawo i po przejechaniu, trzech, może czterech kilometrów, zza drzew dostrzegliśmy charakterystyczne kształty twierdzy. Wydawało się, że wszystko wróciło na właściwe tory. Na kompletnie pustym parkingu, gdzie się zatrzymaliśmy żeby zapłacić i wysiąść, kierowca, na widok podawanych mu banknotów „wyłączył” uśmiech i gestem zażądał dopłaty. Kiedy przez głowę przelatywała mi myśl, że doświadczamy jakiegoś deja vu, zauważyłem, że z Przyjacielem dzieje się coś dziwnego. Gdzieś podział się łagodny, z lekka znużony wyraz twarzy a na jego miejsce pojawiła się furia. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć wcisnął zaskoczonemu jak i ja kierowcy pieniądze za ubranie, gwałtownie pchnął go do tyłu i cedząc przez zęby: „...du bist ein idiot!” założył plecak i ruszył przed siebie. Popędziłem za nim. Przechodząc przez bramę hotelu, z którego parku prowadzi ścieżka do kasy zabytkowego miasta spojrzałem przez ramię. Kierowca i jego kompan, ochłonąwszy po niespodziewanej (przez nikogo) reakcji pasażera, podążali za nami. Wyglądało na to, że tym razem nie unikniemy konfrontacji i po cichu kalkulowałem nasze szanse. Zważywszy, iż ostatni raz uczestniczyłem w bójce ze czterdzieści lat temu, nie były zbyt wielkie. Minęliśmy parterowy budynek hotelu i weszliśmy do parku. Po przejściu kilkudziesięciu metrów mój Towarzysz zatrzymał się, zrzucił z rozmachem plecak i jakby mówiąc bardziej do siebie aniżeli do mnie zapytał: „Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego?!” Mimo a może właśnie dlatego, że jego pytanie nie było kierowane do mnie, powiedziałem bez przekonania: „ Zrobiłeś dokładnie to, co należało. Inaczej nie odczepili by się od nas”. Mówiąc to wcale nie byłem pewien, że istotnie problem został zażegnany. Wprawdzie nikogo oprócz nas nie było w najbliższej okolicy, ale to o niczym jeszcze nie świadczyło. I oni i my wiedzieliśmy, że prędzej czy później musimy wyjść tą samą drogą. Należało się zatem spodziewać „komitetu powitalnego”. Tymczasem siedzieliśmy na ławce w milczeniu. Po dłuższej chwili weszliśmy do hotelu. Zostawiliśmy plecaki i kupiliśmy butelkę wody.
Park, hotel a nawet najbliższe otoczenie zrujnowanego miasta sprawiały wrażenie zupełnie opustoszałych. Kupiliśmy bilety i jako jedyni zwiedzający weszliśmy pomiędzy zrekonstruowane budynki. Stosowana do dzisiaj suszona na słońcu cegła, tynkowana gliną wymieszaną z sieczką, kolorem i fakturą przypomina płytę pilśniową. Starsze budynki nadgryzione zębem czasu nabierają uszlachetniającej je patyny, ale nowo wybudowane lub, jak tu, zrekonstruowane, sprawiają wrażenie makiet, atrap czekających na pomalowanie i wykończenie. Nad ogromem ruin góruje odbudowana twierdza. Prowadzi do niej wąska droga, otoczona odtworzonymi budynkami. Tuż za nimi bariery z grubych rur blokują wejście do zrujnowanego w 2003 roku miasta. Na zdjęciach lotniczych całość przypomina budowane przez dzieci, na nadmorskiej plaży zamki z piasku. Twierdza, choć z oddali wygląda na ukończoną, jest równie niedostępna jak reszta miasta. Tuż za główną bramą jest obszerny plac, otoczony mniejszymi i większymi pomieszczeniami mieszkalnymi. Wszystkie przejścia do wyżej położonych partii zamku są starannie zatarasowane. Nieśpieszne obejrzenie wszystkiego, zajęło nam nie więcej aniżeli godzinę. Odebraliśmy z recepcji plecaki i wyszliśmy na parking. Nikogo na nim nie było. Nigdy dotąd widok pokrytego asfaltem placu, nie sprawił mi takiej przyjemności. Przecięliśmy go i wyszliśmy na drogę. Zatrzymaną tam taksówką podjechaliśmy pod terminal autobusowy. Jadąc tam kierowca chciał nas wysadzić w okolicy skrzyżowania, od którego zaczęła się nasza przygoda w Bam`ie, ale my, z uporem godnym lepszej sprawy, zażądaliśmy kursu na dworzec. Kiedy tam dotarliśmy, budynek i otaczająca go przestrzeń, sprawiały wrażenie dotkniętych jakimś kataklizmem. Nie było tam ani autobusów ani podróżnych. Weszliśmy do klimatyzowanego hallu i z trudem, w jednym z biur znaleźliśmy człowieka, który oświadczył nam, iż nigdzie stąd nie odjedziemy. Autobusy, przyjeżdżają i odjeżdżają z pętli, na której już trzykrotnie tego dnia byliśmy. Zapewne, to właśnie chciał nam powiedzieć kierowca taksówki, który nas tu przywiózł, lecz brak znajomości języka skutecznie temu przeszkodził. Tak więc nie pozostało nam nic innego, jak pomaszerować drogą, którą przed chwilą przejechaliśmy. Idąc do stacji paliw, przy której zatrzymywały się autobusy jadące na wschód, musieliśmy minąć zadaszony postój taksówek. Po raz kolejny stanęliśmy przed wizją spotkania z naszymi adwersarzami. Z niepokojem zbliżałem się do grupki mężczyzn stojących pod wiatą. Na szczęście nic się nie wydarzyło. Odczekaliśmy prawie godzinę i uwalniając się od nagabujących nas ludzi, wsiedliśmy do autobusu. Zaskakujące było żądanie okazania paszportu przed wydaniem biletu, ale uznaliśmy to za przejaw ciekawości załogi. Na pierwszej rogatce policyjnej, to co dotychczas było czystą formalnością, zamieniło się w skrupulatną kontrolę. Zanim dojechaliśmy do Zahedanu kontrolowano nas jeszcze trzykrotnie. Podczas dwóch ostatnich kontroli cały autobus musiał odczekać, aż mundurowi przebrną przez zawiłości naszych nazwisk a ich programy komputerowe wykażą, iż nie stanowimy zagrożenia. Odzyskiwanie paszportów przez siatkę płotu w kompletnych ciemnościach, w których połyskiwały lufy Kałasznikowów, nadawało sytuacji swoistego posmaku zagrożenia. Dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, iż jesteśmy tuż przy granicy pakistańskiej, a i Afganistan jest całkiem blisko. Wszystko to sprawiło, iż spodziewaliśmy się zasieków, opustoszałych ulic, po których, co najwyżej, poruszają się uzbrojone po zęby patrole wojskowe. Tymczasem wysiedliśmy w pobliżu parku, w którym mimo późnej pory pełno było ludzi. Dzieci bawiły się świecącymi zabawkami, młodzież grała w ping-ponga, a liczne grupki rodzinne biwakowały w najlepsze na każdym skrawku trawy. Z ulgą przyjęliśmy tą zmianę nastroju. Nie bez trudu, gdzieś na peryferiach parku, znaleźliśmy wolny kawałek trawnika. Kiedy dyskutowaliśmy o zaletach i wadach wybranego miejsca, podszedł do nas chłopak i uprzejmie, szkolnym angielskim zapytał czy może z nami porozmawiać. Oczywiście zgodziliśmy się i przez kilkanaście minut „przerabialiśmy” standardowe tematy z podręcznika do nauki języka angielskiego. Zanosiło się na dłuższe posiedzenie więc powiedziałem naszemu rozmówcy, że możemy kontynuować, ale jednocześnie będziemy rozstawiać namiot, bo mamy za sobą dosyć męczący dzień. Przy okazji zapytałem, czy w tym miejscu nie będziemy nikomu przeszkadzać. Chłopak powiedział że nie, choć zrobił to bez przekonania. W trakcie wypakowania sprzętu zgromadziło się wokół nas kilka osób. Wśród nich był inny, młodszy chłopak, który wprawdzie nie mówił po angielsku, ale najwyraźniej chciał nam przekazać jakąś ważną informację. Z gestów i konfidencjonalnego sposobu mówienia odniosłem wrażenie, że miejsce wcale nie jest tak całkiem bezpieczne. Chciałem skonfrontować, to z moim poprzednim rozmówcą, ale gdzieś zniknął w ciemnościach. Najbardziej niepokojące były gesty przywodzące na myśl dźganie nożem. Zebraliśmy rozsypane wkoło elementy namiotu i daliśmy się ponieść tłumowi. W każdym kolejnym miejscu, gdzie się zatrzymywaliśmy, jedni potakiwali inni równie energicznie protestowali. Nie mieliśmy pojęcia jakich używają argumentów, ale czas płynął a my, mimo iż byliśmy przedmiotem zainteresowania kilkunastu osób, nadal nie wiedzieliśmy, gdzie spędzimy noc. Niespodziewane pojawienie się naszego pierwszego rozmówcy przyjęliśmy z ulgą. W bardzo ograniczonym stopniu, ale jednak mogliśmy rozmawiać. Kiedy zapytałem go o zdanie, powiedział, że ten park jest na peryferiach miasta i zdarzały się tu przypadki napadów rabunkowych. Zapytał dlaczego nie skorzystamy z hotelu. Wytłumaczyłem mu, że mamy ograniczone środki i najchętniej korzystamy z namiotu. Zastanawiał się przez chwilę a następnie zaproponował, że podwiezie nas do centrum miasta, gdzie jest inny, mniejszy, ale za to bardzo bezpieczny skrawek zieleni. Uznaliśmy to za bardzo dobre rozwiązanie. Całej tej dyskusji przysłuchiwała się nadal liczna grupa ludzi. Kiedy już zbieraliśmy się w drogę, ktoś wetknął mi foliową torbę. Nie zdążyłem nawet podziękować. Szybko zapakowaliśmy się do wskazanego samochodu i ruszyliśmy w kierunku miasta. Zatrzymaliśmy się w miejscu, które bardziej przypominało spory skwerek po środku dużego ronda aniżeli park. Kilkanaście drzew, płytka sadzawka i jakieś drabinki dla dzieci. Zapytałem Daniala, bo tak nam się przedstawił nasz nowy znajomy, czy jest pewien, że możemy się tu rozbić. Potwierdził i zaraz dodał, jakby doszukując się w tym pytaniu ukrytej pretensji, że bardzo przeprasza, iż nie zaproponował noclegu u siebie, ale ma bardzo małe mieszkanie a mieszka z żoną i dwojgiem dzieci. Wyjaśniłem mu, że miejsce jest bardzo dobre, ale nie chcielibyśmy łamać jakiś miejscowych przepisów. Zapewnił, że możemy być o to całkowicie spokojni. W trakcie rozmowy, w świetle latarni stwierdziłem, że jest starszy aniżeli pierwotnie myślałem. Szybko rozstawiliśmy namiot, ale nigdzie nie dostrzegłem toalety. Danial powiedział, że tuż obok jest szpital i możemy tam pójść się umyć. Zaproponował, że pokaże mi drogę. Istotnie, po drugiej stronie ulicy mieści się szpital. Na parterze, tuż obok recepcji jest mała łazienka i toaleta. Po powrocie zapytał czy może nam jeszcze w czymś pomóc. Podziękowałem za wszystko co dla nas zrobił. Przy pożegnaniu zapisał na kartce dwa numery telefonu i zapewnił, że możemy do niego dzwonić w każdej sprawie. Odparłem, że zrobił i tak bardzo dużo i nie będziemy mu więcej zajmować czas. Natychmiast żarliwie zapewnił, że to dla niego przyjemność i chętnie posłuży nam jako kierowca i przewodnik. Mamy tylko zatelefonować.