DZIEŃ DWUNASTY 3 czerwiec 2016 (Esfahan, Kashan)
Z przyzwyczajenia wstaliśmy bardzo wcześnie. Suche musli i woda mineralna posłużyły nam do zaspokojenia pierwszego głodu. Objuczeni plecakami ponownie stanęliśmy na placu Imama Chomeiniego. Teraz był niemal zupełnie pusty i cichy. Jedynie plusk płynącej z fontann wody i trzepot skrzydeł gołębi przerywały panującą ciszę. Wiedzieliśmy, że plecaki będą sporym utrudnieniem na tak rozległym terenie więc weszliśmy do zaułku z informacją o hotelu. W recepcji bardzo sympatyczna dziewczyna nie tylko zgodziła się na pozostawienie bagaży, ale zadeklarowała, iż ich pracownik przeniesie je w bezpieczne miejsce. Odciążeni weszliśmy na plac i posuwając się sukcesywnie wzdłuż piętrowych arkad podziwialiśmy meczet Imama, dalej meczet Szejcha Lotf Allaha i zadziwiająca formą fasada pałacu Ali Qapu z ogromnymi drewnianymi kolumnami oraz z królewskim parkiem do którego prowadzi brama o tej samej nazwie. Niestety, o tak wczesnej porze meczety były pozamykane, więc musieliśmy poprzestać na podziwianiu ich niezwykle zdobnych portali, majolikowych kopuł i wysmukłych minaretów. Podobnie jak w Jaździe, tak i tu, przez cały okres obchodów rocznicy śmierci Chomeiniego, bazar - serce każdego wschodniego miasta był uśpiony, żeby nie powiedzieć martwy. Wprawdzie wszystkie są do siebie bardzo podobne, lecz ich atmosfera jest niezwykle ważnym elementem zwiedzania miasta. Nietypowa zatem martwota sprawiała, że czegoś było brak. Trochę jak przy delektowaniu się wyśmienitym daniem, w którym jednak zabrakło odrobiny specyficznej przyprawy. Nadal syci i sprawia przyjemność formą i smakiem a jednak nie ma wątpliwości, że mogłoby być lepsze. Odbierając plecaki zapytałem recepcjonistkę o sposób dotarcia do kolejnej atrakcji turystycznej - zabytkowych mostów na rzece Zajadne. Także i tym razem dziewczyna okazałą się być bardzo pomocna. Tłumacząc jak dzieciom na wycieczce szkolnej, precyzyjnie określiła kierunek i charakterystyczne punkty orientacyjne a na koniec naszkicowała na kartce plan. Tak wyposażeni bez trudu dotarliśmy do pierwszego z mostów z siedemnastego wieku – Si-jo-se-pol (trzydziestu trzech łuków). Rzeka ma charakter okresowy. Na początku czerwca w szerokim, płytkim korycie woda już bardziej stoi aniżeli płynie. Dla nas, przyzwyczajonych do ażurowych konstrukcji, jego niska, długa i bardzo zwarta forma z dystansu bardziej przypomina zaporę aniżeli most. Zaskakujące jest to, na most prowadzą schody, zatem żaden ruch kołowy nie jest możliwy. Górna część nie jest szczególnie interesująca. Deptak z wysokimi ścianami, w których co jakiś czas jest wnęka z otworem, przez który można zobaczyć fragment rzeki. Na dolną część składają się bardzo masywne arkadowe podpory. Widok z jednego końca na drugi byłby idealnym przykładem jednopunktowej perspektywy zbieżnej. Wzdłuż brzegu rzeki ciągnie się szeroki na kilkadziesiąt metrów park. Zostawiwszy w cieniu drzewa plecaki, na zmianę oglądaliśmy budowlę. Później, idąc parkiem, dotarliśmy do następnego mostu - Chubi. Podstawowa różnica pomiędzy nimi sprowadzała się do braku ścian. W przypadku pierwszego, regularne wnęki okalające z obu stron trakt sprawiały wrażenie dodatkowej kondygnacji. W drugim był jedynie niewysoki murek pełniący funkcję balustrady. Innym szczegółem różnicującym oba mosty były dwa podwójne tarasy optycznie skracające budowlę. Trzeci most, do którego także dotarliśmy na piechotę jest jakby twórczym połączeniem dwóch pierwszych. Dzięki arkadom jest wyższy o jedną kondygnację, lecz monotonność rozbija tam centralnie usytuowane zgrubienie, które sprawia wrażenie, jakby prawa i lewa część były oddzielnymi mostami wiodącymi do sześciokątnej budowli wyrastającej niczym wyspa na środku rzeki. Wokół wszystkich mostów było sporo spacerowiczów, Zapewne oprócz mieszkańców Esfahanu byli to także przyjezdni i pielgrzymi, a skomasowane święta sprawiły, że było ich więcej aniżeli w inne dni. Już zbliżając się do trzeciej konstrukcji – Khaju - usłyszeliśmy męski głos śpiewający a`capella. Pod jednym z pierwszych przęseł dało się zauważyć liczną grupę ludzi. Wiedzeni ciekawością podeszliśmy bliżej i zza głów zgromadzonych tam mężczyzn zobaczyliśmy śpiewaka. Starszy pan, ubrany jak pozostali, kończył właśnie śpiewać jakąś pieśń. Nastąpiły brawa a on powiedział coś do zgromadzonych. Ktoś odpowiedział mu, czy wdał się w polemikę. Tamten wysłuchał go uważnie i ponownie przemówił. Kiedy trwała ta publiczna debata, inny mężczyzna zaczął śpiewać. Było to dosyć niecodzienne zjawisko z jednej strony przypominające wiec polityczny, czy religijny, z drugiej pojedynek na głosy. Korciło mnie żeby zapytać kogoś o co w tym wszystkim chodzi, kim są mówcy i śpiewacy lecz wszyscy byli zbyt zaangażowani tym co się działo, a ja wyjątkowo w tym miejscu czułem się zupełnie nie na miejscu. Trochę jak intruz obserwujący z ukrycia jakieś tajne zgromadzenie. Po kilkunastu minutach wycofaliśmy się na brzeg. Poprzedniego dnia nie sprawdziliśmy rozkładu jazdy autobusów. Wprawdzie dotychczas nie było to konieczne, ponieważ nigdzie nie musieliśmy czekać dłużej aniżeli kilkadziesiąt minut, lecz należało też wziąć pod uwagę, iż w wielu miejscach mieliśmy kogoś w asyście, a na dodatek trwały święta. Na ulicy zapytaliśmy pierwszego z brzegu przechodnia, jak dostać się na dworzec. Nasz rozmówca słabo znał język, ale zaproponował, jak można było przewidzieć, taksówkę. Staraliśmy się mu wytłumaczyć, że interesuje nas transport publiczny i wydawało się, że zostaliśmy zrozumiani, ponieważ podprowadził nas do przystanku autobusowego. Zamiast jednak pożegnać się zaczął analizować rozkład jazdy. Najwyraźniej coś wzbudziło jego niepokój, ponieważ wyjął z kieszeni smartfon i dłuższą chwilę przeczesywał Internet. Skończywszy, próbował coś istotnego nam przekazać. Niestety, robił to po persku więc kompletnie niezrozumiale. Wsparliśmy jego wysiłki naszym skupieniem i dociekliwością. W efekcie zrozumieliśmy, iż w najbliższym czasie, ze względu na święto, nic nie pojedzie. Chciał też wiedzieć, czy zdecydujemy się na taksówkę. Przytaknęliśmy, licząc że tak uspokojony zostawi nas a my zastanowimy się co dalej. Mężczyzna jednak ponownie wyjął telefon i po chwili pojawiła się taksówka. Podszedł do kierowcy i chwilę z nim rozmawiał. Nie wiedzieliśmy, o czym lecz z wyrazu twarzy wywnioskowaliśmy, że jest jeszcze jakiś kłopot. Mężczyzna pobiegł na drugą stronę ulicy i stanął przed bankomatem. Po chwili wrócił chowając do portfela kartę. Stało się dla nas oczywiste, że zamierzał za nas zapłacić. Gwałtownie zaoponowaliśmy tłumacząc jak się dało, że mamy pieniądze i zapłacimy sami. Po chwili ustąpił, choć bez przekonania. Podziękowaliśmy i odjechaliśmy w stronę dworca, gdzie okazało się, że najbliższy autobus w jakimkolwiek interesującym nas kierunku odjeżdża najszybciej za ...sześć godzin. Nie wiedzieliśmy co w tej sytuacji zrobić. Przejazd do miasta i ponowny powrót na dworzec było kosztowne, czasochłonne i obarczone spory ryzykiem, że nie zdążymy na czas. Siedzenie na dworcu koszmarnie nudne. Po dłuższej dyskusji postanowiliśmy kupić bilety, zostawić plecaki i pójść gdzieś piechotą. Podszedłem do kasy, gdzie wcześniej pytałem o bilety i zadysponowałem dwa do Quom. Jest taka teoria, że jeśli coś może się schrzanić, to z pewnością się tak stanie. Tego dnia, wszystko zdawało się to potwierdzać usłyszałem bowiem, że zostało tylko jedno miejsce. Nie wracając do przyjaciela, żeby kolektywnie podjąć decyzję, co robimy w takiej sytuacji, zapytałem dokąd mogę kupić dwa bilety. Odpowiedź brzmiała Kashan. Zatem niech będzie Kashan, odparłem i wróciłem, żeby powiadomić towarzysza podróży, że jedziemy gdzie indziej aniżeli ustaliliśmy. Jak mogłem się spodziewać, powiedział tylko: „Dobrze, tam też jeszcze nie byłem.” Dworzec autobusowy w Esfahan składa się jedynie z tego, co niezbędne. Żadnych trawników, miejsc rekreacyjnych. Najbliższe otoczenie też nie zachęca do spacerów. Ruchliwa szosa, zwarta zabudowa. Brak jakiegokolwiek parku, a wszystkie sklepiki, bary były pozamykane. Pytani ludzie wskazywali odległe centrum miasta jako jedyne miejsce godne zainteresowania więc postanowiliśmy przeczekać te parę godzin na dworcu. Trochę czasu spędziliśmy na najodleglejszym peronie. Nie obyło się bez kolejnego chętnego do sprawdzenia swojej znajomości angielskiego. Tradycyjnie padały pytania (i odpowiedzi) żywcem cytowane z podręcznika: „How are you?”, „Where are you from?” itp. Po pół godzinie nasz rozmówca się zmęczył, oświadczył, że było mu miło nas poznać i poszedł. Trochę czasu zajęło mi uzupełnianie zapisków, lecz i to nie trwało zbyt długo. Na dwie godziny przed planowanym odjazdem mieliśmy dość upału i wyziewów z rur wydechowych mijających nas pojazdów i przenieśliśmy się do budynku. Klimatyzowane powietrze było przyjemniejsze, lecz metalowe krzesełka nie pozwalały ani zasnąć ani wygodnie siedzieć. Komunikaty, a szczególnie nawoływania przedstawicieli różnych kompanii transportowych na początku irytujące, później były trudne do zniesienia. Obejrzeliśmy wszystkie wystawy dworcowych sklepików przeprowadzając głęboką analizę porównawczą cen, mimo że były w Farsi. Skorzystaliśmy ze wszystkich darmowych udogodnień i wodziliśmy wzrokiem za każdą nową osobą pojawiającą się w drzwiach, zastanawiając się kim jest i tworząc różne scenariusze z nią w roli głównej. W taki sposób potraktowałem dwójkę młodzieńców o wschodnich rysach twarzy. Zapewne inspirowany naszą poranną przygodą z Koreanką założyłem, że i oni pochodzą z Seulu. Chwilę później jeden z chłopaków zapytał mnie o coś banalnego. Stało się to początkiem rozmowy, z której wynikło, iż obaj przyjechali z Tokio. Jednym z kolejnych pytań dotyczyło hoteli na naszej trasie. Odparłem zgodnie z prawdą, że trochę pomieszkiwaliśmy u Irańczyków, lecz głównie korzystamy z namiotu. Często ta informacja wzbudzała zainteresowanie u rozmówców, lecz młodzi Japończycy zareagowali tak gwałtownie, jakbym oświadczył, że przyjechaliśmy z Księżyca. Najpierw niedowierzanie, później ekscytacja. Wprawdzie mówili bardzo dobrze po angielsku, lecz w typowy dla potomków samurajów sposób: głośno, gwałtownie gestykulując. Kolejną falę pomruków w stylu Kurosawy wywołała informacja o naszym wieku. Nie wiem czemu, wszak Kraj Kwitnącej Wiśni słynie z ludzi dwukrotnie od nas starszych a sprawność fizyczna i dobra kondycja jest tam elementem kultury. Być może jednak Japońscy pięćdziesięciolatkowie są zbyt zapracowani, żeby podróżować w taki jak my sposób. Dzięki tej rozmowie czas żwawiej ruszył z miejsca i w końcu doczekaliśmy się pory odjazdu. Tym razem odległość nie była zbyt wielka, więc musieliśmy się liczyć z koniecznością rozbijania namiotu po ciemku. Wjeżdżając do miasta z uwagą przyglądaliśmy się widokom za oknem, żeby nie przegapić nadającego się na biwak parku, czy większego skweru. Kilkukrotnie wypatrzyliśmy takie miejsca, lecz autobus, jak na złość, zamiast zatrzymać się na przedmieściach czy wręcz przed miastem wjechał do centrum. Wysiedliśmy przy bardzo ruchliwej, wielopasmowej drodze, pośród wielkomiejskiej infrastruktury. Nie było wyboru, pomaszerowaliśmy przed siebie licząc na szczęśliwy traf. Istotnie, kawałek dalej budynki odsunęły się od drogi, a na zwolnionej przestrzeni pojawiły się trawniki a nawet nieliczne krzewy. Wprawdzie niemal każdy metr trawy okupowany był przez całe rodziny, lecz widok ten dawał nadzieję na znalezienie miejsca pod nasz namiot. W centralnym miejscu zobaczyliśmy budynek z flagami i sporym portretem słynnego ajatollaha. Z przodu, przy bramie, była budka wartownicza, a tuż za nią, po prawej stronie, mniejszy budynek z widocznymi przez okna osobami w mundurach. Przed bramą był też ładny, a co ważniejsze, nie zajęty trawnik. Nie namyślając się zrzuciliśmy plecaki. Właśnie mieliśmy rozpakować sprzęt, kiedy wartownik pomachał do nas i coś powiedział. Podszedłem bliżej, ale rozmowa mimo starań z obu stron niczego nie wniosła. Chłopak zniknął w drzwiach, a po chwili wyszedł w towarzystwie jakiegoś oficera. Teraz było prościej. Dowiedziałem się, że w tym miejscu nie możemy rozbijać namiotu. Zapytałem dlaczego, choć właściwie tylko po to, żeby nawiązać nić porozumienia. Mężczyzna tłumaczył się przepisami i niezadowoleniem przełożonych. Zapytałem go co mamy zrobić, skoro nigdzie więcej nie ma miejsca. Na szczęście darował sobie rady dotyczące hoteli i od razu zaoferował pomoc. Przeszedł się po alejkach, a następnie zapytał o coś rodzinę, która zajmowała spory trawnik tuż obok. Tamci natychmiast przesunęli swoje rzeczy robiąc nam miejsce. Podziękowaliśmy wszystkim i przenieśliśmy plecaki. Witek postanowił poszukać miejsca gdzie moglibyśmy się umyć, a ja zabrałem się za ustawianie namiotu. Ledwo zdążyłem wyrzucić z worków sprzęt i rozwinąć namiot, kiedy ponownie pojawił się znajomy oficer z wyraźnie zafrasowaną miną. Powiedział, że jego przełożony polecił nam zmienić miejsce na mniej eksponowane. Od siebie dodał, że jest mu przykro i pomoże mi przenieść rzeczy, jednak obaj nie bardzo wiedzieliśmy dokąd. Poszliśmy razem na rekonesans i uzgodniliśmy, że pozostaje jedynie trawnik na wprost portretu Chomeiniego. Udawałem niezadowolonego, lecz w duchu sobie pomyślałem, że rano będziemy mieli fajne zdjęcia z namiotem i brodatym wodzem rewolucji islamskiej. Powiedziałem mu w żartując, że skoro nas „wyrzucił”, to liczę na rekompensatę w postaci wrzątku na co on całkiem poważnie, że strażnik nam przyniesie. Powiedziałem, że sam podejdę jak tylko rozbijemy namiot. Kiedy przyjaciel wrócił, pozostało tylko nałożenie tropiku i wytłumaczenie jak to się stało, że znalazł mnie w innym miejscu, niż zostawił. Zabrałem kubki i poszedłem do wartowni. Wartownik najwyraźniej został uprzedzony, bo zabrał je i wszedł do środka. Wyszedł chwilę później z pełnymi naczyniami. Byliśmy w trakcie „gotowania” kaszki, kiedy podeszły do nas dwie kobiety i kilkunastoletnia dziewczyna. Przywitała się szkolnym angielskim i zadała kilka typowych pytań. Po chwili obojgu nam wydawało się, że tematy zostały wyczerpane, ale jedna z towarzyszących jej kobiet, ofuknęła ją i polecając kontynuowanie rozmowy. Sama przedstawiła się i dodała, że jest tłumaczką. Dziewczyna była skrępowana, podobnie jak ja. Ona sytuacją, ja zaś świadomością swoich umiejętności (a raczej ich braku) językowych. Z czasem rozmawiało nam się co raz lepiej. W którymś momencie dziewczyna, zupełnie szczerze zapytała, dlaczego nie nocujemy w hotelu. Odparłem, że nawet najlepszy miałby zaledwie kilka gwiazdek a nad namiotem mamy ich nieskończoną ilość. Widząc uśmiech okraszający młodą buzię, dodałem, iż dodatkowym atutem jest możliwość rozmowy z tak pięknymi kobietami. Tym razem wszystkie trzy panie uśmiechnęły się szeroko, a nastolatka powiedziała, że jestem bardzo miły i ...zabawny. Przyjąłem to jak komplement. Tłumaczka podziękowała i powiedziała, że chętnie pomoże we wszystkim, jeśli tylko będziemy chcieli. Wówczas byłem przekonany, że to tylko miły gest na zakończenie rozmowy. Być może ona również. Przyjaciel zabrał kubki i poszedł je umyć ja przygotowywałem śpiwór, kiedy podszedł do mnie policjant. Mówił w Farsi, więc nie byłem w stanie go zrozumieć, lecz bez wątpienia nie była to „wizyta towarzyska”. Początkowo nie przejmowałem się jego marsową miną i rozkazującym tonem. Mając „błogosławieństwo armii” byłem bardziej zaciekawiony, aniżeli przestraszony tym spotkaniem. Powtarzając: „Nie rozumiem, nie znam Farsi, proszę mówić po angielsku” usiłowałem zniechęcić intruza, ale bez skutku. Jego ton stawał się coraz bardziej napastliwy. Już po kilku pierwszych minutach domyśliłem się, że obecność naszego namiotu tuż pod flagą i portretem Chomeiniego jest dla niego niewłaściwe jednak miałem dosyć przeprowadzek i liczyłem na „zmęczenie materiału”. Służbista jednak nie „odpuszczał”. Postanowiłem zatem przerwać to i użyć naszej „wunderwaffe”. Kiwnąłem na natręta ręką i poprowadziłem go do wartowni. Powiedziałem strażnikowi, żeby poprosił „naszego” oficera. Byłem pewien, że na widok szarży policjant stuli uszy i pójdzie sobie. Niestety, wartownik powiedział coś, z czego wywnioskowałem, iż oficera już nie ma. W odwodzie pozostały nasze rozmówczynie. Ciągnąc za sobą namolnego policjanta odnalazłem tłumaczkę i poprosiłem, żeby „przetłumaczyła”, iż jesteśmy w miejscu wskazanym przez wojskowego, a zatem jego pretensje są bezzasadne. Pani powiedziała to, dodając coś jeszcze od siebie, ale skutek był odwrotny od oczekiwanego. Tłumacząc w drugą stronę powiedziała, ku mojemu zaskoczeniu, że wojsko tu nie ma nic do gadania. Mamy natychmiast opuścić trawnik. Zmieniając ton, usiłowałem negocjować tłumacząc, iż jest późno, nie znamy miasta, a z pierwszymi promieniami słońca zwiniemy namiot i znikniemy bez śladu. Bez skutku. Policjant był nieprzejednany. Sytuacja zrobiła się poważna, a jak na złość mój towarzysz gdzieś przepadł. Uznałem, że cokolwiek zrobimy, namiot trzeba zwinąć, więc po raz trzeci tego wieczora zabrałem się do pakowania. Kiedy wreszcie się pojawił był jeszcze bardziej, aniżeli ja, zaskoczony sytuacją. Kończyliśmy składać tropik, kiedy ponownie podeszła do nas tłumaczka. Tym razem była sama, z konkretną propozycją. Zabierze nas w miejsce, gdzie bez przeszkód będziemy mogli przenocować. Nie było nad czym się zastanawiać. Wpakowaliśmy plecaki do bagażnika samochodu, którym podjechał jej mąż a sami usiedliśmy z tyłu. Na przednich fotelach pościskała się czteroosobowa rodzina. Proponowaliśmy, żeby dzieci usiadły z nami, lecz najwyraźniej uznali, że lepiej będzie się tłoczyć. Przecięliśmy miasto mijając wiele „wygodnych” skwerków. Samochód zatrzymał się dopiero przy zatłoczonym do granic możliwości parku, za którym kręcił się „diabelski młyn”a dobiegające stamtąd odgłosy wskazywały na odpowiednik naszego „wesołego miasteczka”. Kiedy my wypakowywaliśmy rzeczy, pani „załatwiła” nam miejsce pod namiot. Dozorca zaprowadził nas w miejsce pod silnym reflektorem, pośród hałaśliwie świętujących Kashanczyków. Nie zważając na nic usnęliśmy natychmiast po ułożeniu się w namiocie.


DZIEŃ JEDENASTY 2 czerwca 2016 roku (Yazd)
Ze snu wyrwał nas tubalny głos konduktora. Rozespani, półprzytomni poskładaliśmy pościel, zebraliśmy swoje rzeczy i pożegnawszy się z samozwańczym opiekunem wyszliśmy na peron. Staliśmy jeszcze przy pociągu, kiedy nasz znajomy mijając nas w pośpiechu uścisnął nam dłonie życząc powodzenia. Było jeszcze całkiem ciemno. W bezpośrednim sąsiedztwie dworca jest dom modlitwy, łaźnia i toalety. Usiedliśmy na ławce żeby się trochę ogarnąć i zjeść śniadanie. Jedliśmy chleb, kiedy niespodziewanie znowu zobaczyliśmy współtowarzysza podróży. Szybkim krokiem wracał z domu modlitwy w stronę pociągu. Po raz trzeci przyszło nam się obściskiwać na pożegnanie. Szybko dniało. Założyliśmy plecaki i wyszliśmy przed dworzec. Upewniliśmy się co do kierunku i pomaszerowaliśmy przed siebie. Kawałek za dworcem zapytałem jednego z mężczyzn stojących przy samochodzie o Świątynię Ognia. Potwierdził kierunek i określił odległość na trzy, może cztery kilometry. Przeszliśmy nie więcej aniżeli półtorej, kiedy ktoś na nas zatrąbił. Za kierownicą samochodu, który się nieopodal zatrzymał, siedział mężczyzna widziany w okolicy dworca. Wpakowaliśmy się do wewnątrz razem z plecakami, mimo iż siedziało tam jeszcze dwóch ludzi. Na szczęście do celu było niedaleko. Przeoczyliśmy jednak bardzo wczesną porę. Do otwarcia pozostały „zaledwie” dwie godziny. Nie było sensu tkwić w miejscu. Pomaszerowaliśmy w kierunku starego miasta. Trochę to nam zajęło, bo jak wszędzie dotychczas, także i tu plan nie oddawał właściwych dystansu za to weszliśmy wprost na plac Amir Czokhmaq z meczetem o tej samej nazwie. W jego krużgankach trochę odpoczęliśmy i dokończyliśmy resztę chleba. Kawałek dalej zobaczyliśmy jakieś zamieszanie. Na chodniku, przed wejściem na plac jakiegoś meczetu stała grupa mężczyzn w odświętnych ubraniach. Co chwilę zatrzymywały się samochody, z których wysiadali szyiccy duchowni i w asyście wchodzili na plac. Weszliśmy tam także i my, ale kilku rosłych panów w dobrze skrojonych garniturach poprosiło nas grzecznie, żebyśmy wrócili za dwie, trzy godziny. Wychodząc zauważyliśmy, iż w meczecie jest tłum mężczyzn z uwagą słuchających jakiegoś przemówienia. Najwyraźniej trafiliśmy na wiec lub coś podobnego. Nie uszliśmy daleko, kiedy naszą uwagę przyciągnął głos płynący z głośników kolejnego meczetu. Ten był znacznie mniejszy z wejściem wprost na chodnik. Tuż przy schodkach stał staruszek. W jednej ręce trzymał zawiniątko, drugą dał nam do zrozumienia, że powinniśmy wejść. Nie do końca przekonani, czy właściwie zrozumieliśmy jego gesty, niepewnie zajrzeliśmy do środka. Także i tu było tłoczno jednak kiedy nas dostrzeżono, siedzący przy wejściu poprzesuwali się robiąc nam miejsce. Zostawiwszy w przedsionku buty i plecaki weszliśmy pomiędzy siedzących. Kiedy tylko usiedliśmy na wytartym dywanie podano nam po szklaneczce gorącej herbaty i podsunięto miseczkę z kostkami cukru. Siorbiąc aromatyczny napar obserwowaliśmy sąsiadów. Część z nich pogrążona była w zadumie. Inni słuchali głosu wylewającego się z głośników i przesuwali palcami paciorki różańca. Jeszcze inni jedli, wydłubując coś palcami z pakunków, takich jak ten widziany u staruszka przy wejściu. Zanim dopatrzyliśmy się zawartości, ktoś podał i nam zapakowane w folię dwa pakieciki. Z zainteresowaniem uchyliłem folię. Wewnątrz był poskładany na cztery części chleb, garść ziół i nieduży kawałek sera. Trudno było o lepsze śniadanie. Starszy pan i kilkunastoletni chłopak, na zmianę dolewali nam herbatę, w miarę jak opróżnialiśmy szklaneczki. Ser był znakomity podobnie jak chleb. Ze smakiem zjedliśmy wszystko, mając nadzieję na dokładkę. Niestety, w przeciwieństwie do herbaty poczęstunek był jednorazowy. Najedzeni, wypoczęci wyszliśmy z meczetu jako ostatni. Kręcąc się po starym mieście, w oddali dostrzegliśmy dwie wieże minaretów. Jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy do jakiego meczetu „należą”, ale postanowiliśmy zobaczyć je z bliska.
W każdym mieście, dużym czy małym, można być pewnym, że znajdzie się „meczet piątkowy”. W Jaździe jego wyjątkowość mierzona jest wysokością minaretów. Mają niemal pięćdziesiąt metrów i są najwyższe w Iranie, a może i na świecie. Robią ogromne wrażenie, jak z resztą cała budowla, choć (Allahu bądź miłosierny) pierwsza rzecz jak przyszła mi na myśl, na jego widok, to ...elektrownia Battersea z okładki czarnej płyty Pink Floyd „Animals”. Zanim to jednak nastąpiło kluczyliśmy w wąskich uliczkach wypatrując zza wysokich glinianych murków charakterystycznych kształtów. Co chwila traciliśmy je z oczu, aż w końcu wyszliśmy na ulicę, do której dochodzi długa aleja. Na jej odległym końcu, w blaskach porannego słońca wystrzeliwały w niebo minarety. Szliśmy w ich kierunku po przeciwległych stronach alei. Usiłowałem „wepchnąć” w kadr całą wieżę, kiedy usłyszałem wołanie przyjaciela. Odwróciłem się i zobaczyłem go w towarzystwie jakiejś dziewczyny. Zrezygnowałem z planowanego ujęcia i poszedłem w ich stronę. Dziewczyna była odwrócona do mnie tyłem. Na moje „salam” odwróciła się i wykonując delikatny skłon powiedziała: „ Och, więc jesteście Irańczykami?”. To zaskakujące stwierdzenio-pytanie bardzo mnie rozbawiło. Brano nas już za Rosjan, Australijczyków, czy Anglików, lecz nigdy za Persów. Powiedziałem skąd przyjechaliśmy i zapytałem o jej pochodzenie, bowiem rysy twarzy wskazywały na daleki wschód, ale dla mnie równie dobrze mogła być Chinką, Wietnamką czy Japonką. Uśmiech na okrągłej, sympatycznej buzi rozszerzył się jeszcze bardziej. Ponowiła skłon i odparła, że jest Koreanką. Wraz z koleżanką chcą skorzystać z oferowanej im dwudniowej wycieczki i szukają dodatkowych dwóch osób. Zabrzmiało to interesująco więc zapytaliśmy o szczegóły. To co usłyszeliśmy było tak nieprawdopodobne, że poprosiłem o powtórzenie. Ponownie usłyszeliśmy o wyjeździe na pustynię, zwiedzaniu karawanseraju, noclegu w oazie z oglądaniem gwiazd i transporcie w obie strony. Wszystko za dziesięć dolarów. Nasze dotychczasowe doświadczenia z kierowcami taksówek sprawiły, że nie mogłem uwierzyć w realność kosztów przejazdu na takiej trasie. Nic ponad to. Najuprzejmiej jak potrafiłem poprosiłem ją, żeby upewniła się co do zakresu, a przede wszystkim ceny oferowanej wycieczki. Dziewczyna w charakterystyczny dla postaci z japońskich filmów pobiegła drobnym truchtem w stronę hotelu. Kilka minut później pojawiła się w taki sam sposób i z widocznym zakłopotaniem powiedziała, że istotnie cena wynosi dwadzieścia pięć dolarów i nie obejmuje jedzenia, ale one nadal chciałyby pojechać i liczą na nasze towarzystwo. Szybko ustaliliśmy między sobą, że jeśli chcemy zrealizować nasze plany, to musimy trzymać się założonego budżetu. Bardzo zmartwiło to naszą rozmówczynię. Usiłowała jeszcze nas przekonać używając jako głównego argumentu ...noclegu pod gołym niebem. Kiedy usłyszała, że my niemal każdej nocy mamy gwiazdy nad głowami była bardzo zaskoczona. Wydawało jej się bowiem, że jak wszyscy korzystamy z hoteli. Pokiwała ze zrozumieniem głową. Na pożegnanie ponownie ślicznie się ukłoniła i zapytała czy może sobie z nami zrobić „selfie”. Zrobiliśmy kilka ujęć i wróciliśmy do przerwanego niespodziewanym spotkaniem oglądania meczetu. Obejrzeliśmy go ze wszystkich możliwych stron. Z tak bliska, jak tylko było to możliwe a także z zaułków bazaru, w które zagłębiliśmy się wracając w miejsce, skąd nas „relegowano”. W związku z tygodniowymi obchodami rocznicy śmierci ajatollaha Chomeiniego bazar był zamknięty. Jedynie piekarnia funkcjonowała wypełniając opustoszałe korytarze pobudzającym kubki smakowe zapachem świeżego chleba. Podeszliśmy ponownie pod mauzoleum Sayed Rokn Addin. Niestety, nic się nie zmieniło od poprzedniej bytności - przemówienia, tłum ludzi, patrole policyjne. Pomimo to weszliśmy na plac i starając sie jak najmniej rzucać w oczy usiedliśmy w cieniu budowli. Po dziesięciu minutach „wykryto” naszą obecność. Pierwsza interwencja rozbiła się o barierę językową. Oczywiście wiedzieliśmy o co chodzi panom w garniturach, ale udawaliśmy, że nie mamy o niczym pojęcia. Krótko trwał nasz triumf. Wezwane posiłki władały angielskim i w tym właśnie języku, nadal bardzo uprzejmie, oświadczono nam, iż względy bezpieczeństwa zmuszają ich do poproszenia nas o odwiedzenie mauzoleum później. Na nic się zdało tłumaczenie, że niebawem opuszczamy miasto, że chcemy tylko popatrzeć i odpocząć w cieniu świętego przybytku. Panowie byli niewzruszeni. W asyście kilku rosłych dżentelmenów wyszliśmy na ulicę, budząc powszechne zainteresowanie licznie tam zgromadzonych osób. Żałowałem, iż nie dane mi było zrozumieć ich szeptów i domysłów. Żartując dotarliśmy ponownie na plac Amir Czokhmaq. Zauważyliśmy, iż w budynku na lewym jego rogu jest sklep ze słodyczami. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, słodycze sprzedaje się tu niemal wszędzie, ale właśnie dlatego nigdzie nie ma kolejek. Nigdzie a tu była. Zaintrygowani podeszliśmy bliżej. Jednolite, eleganckie opakowania wskazywały na to, iż jest to sklep firmowy. Wewnątrz, gdzie udało nam się wcisnąć, ściany zdobiły zdjęcia powszechnie znanych postaci, które albo przyjmowały od innych słodycze albo je jadły. Obawiałem się, że jeśli jest to tak ekskluzywne miejsce, jak nam się wydawało, to ceny przekroczą nasze możliwości. Obszerna witryna zawierała pełną ofertę, lecz ceny były podane w Farsi. Jedna z klientek zaoferowała nam swoją pomoc i okazało się, że bez rujnowania budżetu możemy sobie pozwolić na najmniejszy, choć prawie półkilowy zestaw ciasteczek. Obsługa działała niezwykle sprawnie i mimo obligatoryjnych dwóch kolejek, po ciastka i do kasy, szybko dokonaliśmy zakupu. Usatysfakcjonowani wpakowaliśmy się do pierwszej wolnej taksówki i zapytaliśmy o cenę kursu na dworzec autobusowy. Wesołkowaty kierowca, który przedstawił się jako Ali Baba(?!), pokazał trzy banknoty po pięćdziesiąt tysięcy. My pokazaliśmy jeden. Pokręcił przecząco głową, lecz kiedy chcieliśmy wysiąść, machnął pojednawczo, co uznaliśmy za akceptację zaoferowanej stawki. Zadowoleni z przebiegu dnia, zakupu, po raz nie wiedzieć który zaniedbaliśmy elementarnej zasady ograniczonego zaufania. Ali Baba bawił nas całą drogę. Trącał w ucho, dowcipkował. Niestety, przy płaceniu dobry humor prysł jak bańka mydlana. Kiedy wręczyliśmy mu banknot o ustalonym nominale, zrobił minę jakbyśmy chcieli go okraść. Dyskusja była bezcelowa. Przez moment liczyłem, że dokładając kolejny pójdziemy na kompromis, lecz kierowca zapominając o negocjacjach na postoju, zażądał pierwotnej stawki. Wściekli bardziej na siebie, aniżeli na niego, poszliśmy szukać autobusu. Tu wszystko odbyło się bez zaskoczeń. Za dwa bilety na ponad trzystukilometrową trasę zapłaciliśmy dwieście dwadzieścia tysięcy. Czekając na odjazd sfotografowaliśmy grupę młodych mężczyzn z Beludżystanu. Ich ciemna karnacja i charakterystyczne elementy ubioru zwracały uwagę nawet tu, wśród zróżnicowanych pod tym względem Irańczyków. Panowie chętnie pozowali. Mieli też wielką ochotę na rozmowę, lecz brak znajomości, choćby kilku wspólnych dla obu stron słów, całkowicie to uniemożliwił. Przyjaciel wypatrzył też na peronie uzbrojonego w „kałacha” żołnierza. Postanowił się z nim sfotografować. Pamiętając zalecenia konsularne odradzałem, ale nie dość skutecznie. Okazało się, że zasady zasadami a próżność próżnością. Mundurowy nawet nie usiłował oponować, pozował przybierając marsowe miny. Zapewne, gdyby Witek zechciał „potrzymać sobie” jego broń, też by się zgodził. Podróż do Esfahanu niczym się nie wyróżniała. Dopiero pod jej koniec, usłyszeliśmy skierowane w naszą stronę : „Dzień Dobry! W ten oto banalny sposób, poznaliśmy niebanalną postać. Sześćdziesięcio-siedmioletni Torunianin, Artur Anuszewski, nie tyle był zainteresowany nami, co zaprezentowaniem siebie. Nie mniej jednak już sama liczba krajów, przez które przejechał była imponująca (ponad 147) i nie umniejsza tego fakt, że kiedyś prowadził biuro turystyczne. Obecnie, jak głosi jego wizytówka, jest fotografem i wydawcą. Podróżował z jednym, skromnym plecakiem z Emiratów Arabskich do Turkmenistanu i jak się nie omieszkał pochwalić, wydał zaledwie pięćdziesiąt dolarów. Być może istotnie jego koszty były tak niewielkie, gdyż przemieszczał się od jednego do drugiego couchsurfera a Ci, nawet po za Iranem oferują oprócz darmowego noclegu jakiś posiłek. Nasz nowy znajomy, bez najmniejszego zażenowania opowiedział nam też, że jeśli nie udaje mu się z nikim umówić przez internet, to chodzi po ulicach z kartką, na której w miejscowym języku ma napisaną prośbę o przenocowanie. Obaj z przyjacielem uznaliśmy tą metodę za być może skuteczną a z pewnością bardzo oszczędną, lecz żaden z nas nie widział się w takiej roli, natomiast jego skuteczność posługiwania się tabletem, GPS-em oraz mapami Google`a skłoniły mnie do ponownego zastanowienia się nad zmianą telefonu na smartfon z nawigacją i szybkim modemem przy planowaniu kolejnej podróży.
Potok słów przerwał wjazd autobusu do Esfahanu. Jeszcze na schodach terminala dopadli nas taksówkarze. Po ostatnich doświadczeniach nie wdawaliśmy się nawet w rozmowy o pogodzie. Konsekwentnie mówiliśmy „Nie, dziękuję” zanim kończono formułować pytanie. Przez chwilę jednak rozmawiałem z młodym kierowcą, który w przeciwieństwie do swoich kolegów mówił po angielsku. Oprócz tego, zwrócił na siebie uwagę swoistą nonszalancją. Kłamliwie, ale przekonywująco argumentował. Byś może, gdyby nie to, iż z miejsca, gdzie rozmawialiśmy, widać było przystanek, na który podjeżdżały miejskie autobusy, dałbym się przekonać o braku komunikacji publicznej. Kiedy stało się jasne, że nie będziemy jego klientami, zamiast się obrazić, jak to mają w zwyczaju inni kierowcy, życzył nam udanego zwiedzania. Jadąc w kierunku starego miasta wdaliśmy się w rozmowę z innym młodym człowiekiem. Wysiedliśmy razem z nim a następnie, korzystając z jego rad, usiłowaliśmy znaleźć najważniejsze miejsce w mieście – ogromny plac Imama Chomeiniego. Już historia jego powstania jest ciekawa. Wytyczono go w siedemnastym wieku za czasów panowania szacha Abbasa jako ...boisko do gry w polo. Nie wiem czy niewłaściwie zrozumieliśmy wytyczne, lecz musieliśmy jeszcze kilkukrotnie pytać, zanim prowadzeni niemal za rękę przez jakiegoś chłopaka dotarliśmy na miejsce. Mimo kończącego się dnia, plac był „oblężony” przez świętujące rodziny. Ludzie biwakowali na wszystkich trawnikach, dzieci biegały w koło, chlapały się w fontannach i hałasowały. Dorożki, niczym rydwany na antycznym hipodromie okrążały plac nie zważając na przebiegających między nimi przechodniów. Panowała atmosfera latynoskiej fiesty. Już po drodze sondowaliśmy możliwość rozstawienia namiotu w parku lub na samym placu. Wszyscy pytani odnosili się jednak dosyć sceptycznie do tego pomysłu. Tłumaczenia były różne, lecz konkluzja podobna – powinniśmy skorzystać z kempingu za miastem. Tyle tylko, że nie chcieliśmy jechać kolejne kilkadziesiąt kilometrów, żeby rano wrócić w to samo miejsce. Na placu, pytając czy nie moglibyśmy przenocować w meczecie, wywiązała się gorąca dyskusja pomiędzy kilkoma starszymi Panami. Wprawdzie dwaj główni dyskutanci byli zgodni, co do braku takiej możliwości ale powstał spór, czyje argumenty są ważniejsze. Dyskretnie wycofaliśmy się, nie widząc żadnego pożytku w tym sporze. Przeszliśmy się wkoło i postanowiliśmy wrócić do parku, który minęliśmy idąc w stronę placu. Na miejscu nie bardzo mogliśmy uzgodnić czy lepiej będzie poczekać do zmierzchu i ustawić namiot w mało widocznym, lecz przez to bardziej niebezpiecznym miejscu, czy wręcz przeciwnie. Idąc na kompromis wybraliśmy nieduży trawnik przy głównej alejce, ale na tyle zakrzewiony, że zielony tropik miała szanse na wtopienie się w tło. Postanowiliśmy też zaczekać jeśli nie do zmierzchu, to przynajmniej do czasu, kiedy będzie mniej spacerowiczów. Usiedliśmy na ławce a mój przyjaciel udał się na poszukiwanie piekarni. Trochę to trwało, lecz wrócił nie tylko z pieczywem, ale także z kilogramem pomidorów. Na nieodległej ławce usiadło kilka kobiet, które z ożywieniem rozmawiały ze sobą. Kiedy skończyliśmy jeść pomidory, jedna z nich podeszła z plastikowym pojemnikiem w ręku i poczęstowała nas bakaliami. Chwilę później wróciła z czekoladkami. Wypadało nam się zrewanżować, więc wygrzebałem z plecaka pudełko z ciastkami i podszedłem do ich ławki. Częstując nimi powtórzyłem, to, co usłyszałem w Sirjan, że pochodzą z Kermanu a tylko tam, takie są wypiekane. Nieoczekiwanie, widok ciastek, to co powiedziałem a może jedno i drugie bardzo poruszyło jedną z pań. Ze wzruszeniem powiedziała: „O tak, pamiętam je! Pochodzę sama pochodzę stamtąd”. Ławka, na której się usadowiliśmy stała kilkadziesiąt metrów od usytuowanego poniżej poziomu parku zespołu sanitarnego. Było to dla nas bardzo wygodne, ponieważ nie tylko mogliśmy się umyć w ciepłej wodzie, ale także przeprać rzeczy. Wraz z zapadającym zmrokiem włączyły się latarnie, na które nie zwracaliśmy dotychczas uwagi. Nasze dyskretne lokum zostało rozświetlone pobliską lampą czyniąc je znacznie mniej dyskretnym. Nie chciało nam się jednak przenosić wszystkiego więc przyjęliśmy, że tak właśnie miało być. Do późna, wokół namiotu, słychać było liczne głosy.



DZIEŃ DZIESIĄTY,  1 czerwca 2016 (Sirjan)
Obudziliśmy tuż przed szóstą. Delikatna, półprzeźroczysta zasłona, poruszana powiewami wiatru niczym sukienka tańczącej dziewczyny, oddzielała nas od podwórka, na którym krzątał się senior rodziny . Najwyraźniej układał nasze buty „porzucone” poprzedniego wieczora. Zrobiło mi się głupio, że starszy pan sprząta nasze rzeczy. Nie byłem też pewien czy powinniśmy bez zaproszenia wychodzić. Z drugiej strony, obawiałem się, iż gospodarze mogą z tych samych powodów czekać na jakiś ruch z naszej strony i w ten sposób ”sparaliżujemy” funkcjonowanie całego domu. Poskładaliśmy posłania i po cichu otworzyłem drzwi. W salonie wszystko już było przygotowane do śniadania. Zjedliśmy je w towarzystwie Hamida i jego rodziców. Dania z kolacji uzupełnił chleb pieczony w domu, jajka i doskonały ser. Po posiłku, pojechaliśmy samochodem do centrum, gdzie Hamid umówił się ze swoim kuzynem. Już poprzedniego dnia wspominał o nim, opowiadając o tym jak przez dwa semestry studiował stomatologię na Białorusi. W tym czasie miał opanować rosyjski w stopniu pozwalającym swobodnie porozumiewać się. Chłopak, który zastąpił Hamida za kierownicą wyglądał bardziej na licealistę, aniżeli stomatologa. W samochodzie i zwiedzając okolice usiłowaliśmy rozmawiać z nim po rosyjsku, ale generalnie ograniczyło się to do kilku wyrazów, wypowiadanych zresztą z całkiem niezłym akcentem. Najpierw zatrzymaliśmy się w
starej części miasta. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem dwa „Domy Lodowe”, niemal identyczne jak widziany w Kermanie. Różnica polegała na tym, że tamten został zaadaptowany jako czytelnia, te zaś pozostały w swym pierwotnym stanie. Wejście pierwszego było zagruzowane na całej wysokości, ale w drugim pozostał prześwit, którym można się było przecisnąć do środka. Zanim wzrok przywykł do ciemności, rozpraszanej jedynie przez światło przeciskające się, jak my, otworem nad gruzem, wnętrze wydawało się jednolitą czeluścią. Po chwili jednak dostrzegliśmy owalną jak cała budowla studnię. W Kermanie miała ona głębokość metra. Tu wydawała się być bez dna. Dopiero w bladym świetle telefonów udało się najpierw wyłuskać z mroku wąskie schody przyklejone do ściany a na ich końcu zasypane gruzem dno. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zejścia tam, choć trudno mi było przewidzieć co może leżeć pomiędzy kawałkami cegieł. Opierając dłoń o chropowatą ścianę, ostrożnie kroczyłem po niczym nie zabezpieczonych stopniach. Z głębokości sześciu, siedmiu metrów zaskakująco dobrze widać było schodkowy układ kopuły przykrywającej budowlę. Już wchodząc odczuliśmy znaczną różnicę temperatury. Na dnie „studni”, ta różnica była jeszcze bardziej wyraźna. Po opuszczeniu budowli zostaliśmy zaprowadzeni do pobliskich zabudowań. Jedne nadal funkcjonujące, choć częściowo zawalone. Inne zupełnie opustoszałe. Wszystkie zbudowane z suszonych na słońcu cegieł i tynkowanych mieszanką gliny i sieczki – materiałów, które widzieliśmy w „Glinianym Mieście”, Kermanie. Na pobliskim polu pokazano nam uprawiane tam duże rośliny z żółtymi kwiatami. Miał to być szafran, który jest powszechnie stosowany w irańskiej kuchni, lecz musiało w tym przypadku dojść do jakiegoś pomylenia pojęć, nieporozumienia, ponieważ z całą pewnością rośliny te nie przypominały krokusów, z których pręcików powstaje najdroższa przyprawa świata. Uprawa niemal graniczyła z bazarem, będącym centralnym punktem starego miasta. Przespacerowaliśmy się wąskimi uliczkami, lecz nie tyle stragany zwróciły naszą uwagę, a badgiry „łapacze wiatru” . Bardzo charakterystyczne, o specyficznej budowie kominy wentylacyjne, których zadaniem nie jest wyciąganie powietrza z pomieszczeń, a wtłaczanie go tam, niezależnie od kierunku i siły wiatru. W różnych miejscach Iranu widzieliśmy czasami bardzo zaskakujące formy tych protoplastów klimatyzatorów, lecz najbardziej typowa forma, to czworokątny komin o szerokości około jednego metra, zwieńczony pionowymi otworami o wysokości kilkudziesięciu centymetrów i widocznymi w nich przegrodami, jak w nawiewach współczesnych samochodów. Jeszcze na dworcu autobusowym w Shiraz, Hamid przekonując nas do odwiedzenia Sirjan wspomniał o „Kamiennym Ogrodzie”. Po obejrzeniu starej części miasta nadszedł czas na tę atrakcję regionu. Samochód prowadzony przez kuzyna-stomatologa, popędził przez szeroką równinę w kierunku ledwo widocznych gór. Mimo szybkości utrzymywanej znacznie powyżej „setki”, dopiero po godzinie zwolniliśmy, żeby zjechać w lewo na lokalną, wyboistą drogę. Podskakując na wybojach, najpierw dostrzegliśmy kurz jaki wznieciły setki racic wychodzących z otwartej bramy kóz i owiec. Kiedy stado pobekując przeszło kilkadziesiąt metrów, zauważyliśmy po lewej stronie jakby sad owocowy. Było jednak w nim coś głęboko niepokojącego. Poszarzałe, całkowicie suche drzewa obwieszone były, niczym jabłonie owocami, „dorodnymi” ...głazami. Niektóre regularne, wielkości pomarańczy, inne melona, aż do porowatych i nieforemnych niczym pumeks o gabarytach sporej dyni. Wszystkie podwieszone na pojedynczych lub splecionych drutach, czasami łańcuchach. Surrealistyczny sad, godny pędzla Salvadora Dali poskrzypywał delikatnie kiwającymi się w takt poświstów wiatru niestrawnymi „owocami”. Naturalnie, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia zapytałem o genezę tego happeningu. Odpowiedź była równie zaskakująca, jak samo zjawisko. Kilkadziesiąt lat temu, mieszkający tu pasterz wkopał w ziemię pierwszy konar i powiesił na nim kamienie. Przez następne czterdzieści lat, aż do śmierci kontynuował to, nikomu nie wyjawiając powodów, motywów. Równie zdystansowany na bardzo rzadkie pochwały jak powszechne kpiny, wytrwale znosił znajdowany materiał, bez użycia jakiekolwiek ułatwień. Z filmu dokumentalnego nakręconego tuż przed jego śmiercią wynika, iż również ówczesna władza usiłowała dociec, czy aby nie ma w tym jakieś formy kontestacji, lecz i na te nagabywania pozostał całkowicie obojętny. W dzisiejszych realiach, szczególnie świata zachodniego, uznany zapewne byłby jako performer. Dla swoich współczesnych był pomyleńcem, przedmiotem drwin i szyderstw. Po spacerze po tym niezwykłym ogrodzie przeszliśmy przez bramę, z której uprzednio przetoczyła się kozia horda. Wewnątrz murowanego ogrodzenia zobaczyliśmy rozległy parterowy dom, tuż przy nim wystający ponad ziemię na kilkadziesiąt centymetrów, okrągły, zbiornik na wodę z pływającymi w nim rybami. Otaczające go morwowce rozsypywały wkoło dojrzałe, soczyste owoce. Za domem w obszernej zagrodzie polegiwało kilkadziesiąt kóz, które z zaciekawieniem wlepiły w nas swoje demoniczne oczy. Przed zagrodą w nieładzie leżały jakieś sprzęty i futra, które z bliska okazały się być zmumifikowanymi resztkami padłych zwierząt. Mężczyzna pracujący w obejściu nie wyglądał na zaskoczonego naszą obecnością. Przywitał się obojętnie, odpowiedział na kilka zadanych mu pytań i wrócił do swoich zajęć, ignorując nas zupełnie. Po powrocie do miasta wstąpiliśmy do agencji, w której kupiliśmy bilet na pociąg do Yazd`u i wróciliśmy na obiad. Przed posiłkiem podano nam zimne napoje. Najlepszy był zmiksowany melon z kostkami lodu. Ledwo uprzątnięto talerze i półmiski, pojawiły się owoce, pistacje i ciasteczka. Po cichu liczyłem, że popołudnie także spędzimy na zwiedzaniu, lecz czas najwyraźniej wyhamował. Wszystko przebiegało jakby w zwolnionym tempie. Stało sie jasne, iż nastała sjesta. Jedyną formą aktywności pozostała rozmowa. Hamid, z charakterystyczną dla siebie powagą wprowadził ją na trudne, nie tylko ze względów językowych, meandry polityczno-społeczne. Z jego wypowiedzi przebijała z jednej strony duma z bogatej historii dziedzictwa kulturowego Persji, z drugiej sceptycyzm, rozgoryczenie i beznadzieja, kiedy mówił o obecnych rządach ajatollahów. W innych miejscach, gdzie także rozmawialiśmy na podobne tematy łatwiej udawało mi się argumentować, że wszystko wymaga czasu, a przyszłość jest w rękach ludzi młodych, a nie brodatych starców. Mój rozmówca widział to inaczej. Twierdził, że tak dobrze widziane na zachodzie otwarcie Iranu, udogodnienia dla turystów, to jedynie pozory, mające na celu zniesienie embarga handlowego i umocnienie pozycji władzy, która wobec własnych obywateli jest równie bezwzględna jak przed laty. Podawał przykłady opozycyjnych polityków, których eliminuje się bez przebierania w środkach. Kiedy wspomniałem, iż mimo to Iran wydaje się nam krajem zasobnym i nowoczesnym usłyszałem, że gdyby nie ogromne pieniądze płynące oficjalnym a także nieoficjalnym strumieniem do sojuszników takich jak Syria, czy Palestyna, to kraj byłby w zdecydowanie lepszej kondycji, a jego obywatele nie musieliby borykać się z tak wieloma problemami. Kiedy go tak słuchałem, doszedłem do wniosku, że istnieje sporo podobieństw pomiędzy współczesną sytuacją Iranu, a Polską drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Powiedziałem mu o tym, przypominając że to był początek istotnych, ustrojowych zmian nie tylko dla naszego kraju, ale i całego regionu. Przytaknął, choć raczej z grzeczności, a nie z przekonania. Sam też nie byłem pewien słuszności własnej tezy. Jak zwykło się mawiać „Diabeł tkwi w szczegółach”. Wówczas kościół był na swój sposób azylem opozycji. Trochę na przekór konserwatywnej istoty swoich podstaw ideologicznych wspierał postępowców i nowatorów. Tutaj religia jest najsilniejszym hamulcowym. W jej imieniu i przy użyciu należącego do niej potężnego aparatu władzy tłamsi się przejawy laicyzmu, którego oczekuje młodsza część społeczeństwa. Nie dlatego, że jej nie szanuje, lecz na wzór społeczeństw zachodnich, chce mieć możliwość swobodnego wyboru stopnia zaangażowania i formy jaką ma ono przybrać. Przyznaję, że z ulgą przyjąłem zmianę tematu. Zaczęło się od pięknego, starego instrumentu w pokoju Hamida. Kiedy tar został z pietyzmem wyjęty z futerału, liczyłem na choćby krótką demonstrację jego brzmienia. Niestety, nasz młody gospodarz nie czuł się na siłach, tłumacząc, iż tylko Ali potrafi na nim grać. Ich kuzyn nie miał aż takich oporów ale chyba przeliczył swoje możliwości, ponieważ zdołał wydobyć z niego kilka podstawowych dźwięków, jednak bez łączenia ich w jakąkolwiek melodię. Już wcześniej zwróciłem uwagę na wzorzyste poduszki i inne tkaniny zdobiące dom. Kiedy o tym wspomniałem, nie bez dumy Hamid powiedział, że wszystkie są dziełem jego mamy, która także utkała dywany. Z pokoju przyniósł kilka zwojów i zademonstrował nam je. Jeden w geometryczne, wyważone w tonacji wzory, drugi w dominancie czerwieni przedstawiał sceny z polowania. Dla laika, takiego jak ja, z powodzeniem mógł być eksponatem muzealnym, ponieważ ani jakością ani też grafiką nie odbiegał od tych sprzed stuleci. Szczerze pogratulowałem kunsztu pani domu, co ta skwitowała lekkim uśmiechem. Czas płynął, jak na nasze przyzwyczajenia, nazbyt leniwie. Mimo, iż ciągle byliśmy pełni po obiedzie, podjadaliśmy podsuwane nam pod nos, a to ciastka, a to schłodzone arbuzy. Mój przyjaciel z zapałem przysiadł się do misy z pistacjami skutecznie ją opróżniając. Rozmawiając o specyfice kuchni irańskiej zapytałem o przepis na ziemniaki z ryżem. Pomyślałem, że łatwa dostępność produktów w Polsce pozwoli mi zrobić je w domu. Obaj młodzieńcy szybko się poróżnili co do szczegółów. Zaproponowałem, żeby zapytali gospodyni. Chwilę później mama Hamida przyniosła do pokoju kilka ziemniaków, garnek i bez słowa zaczęła je obierać. Przeprosiłem za robienie jej kłopotu i zapewniłem, że wystarczył by mi opis bez demonstrowania ale pani stwierdziła, że i tak miała to zrobić na kolację. W tej sytuacji zapytałem, czy mógłbym jej towarzyszyć w kuchni. Miałem nadzieję, że będę miał okazję trochę choćby pomóc lecz pozwolono mi jedynie obserwować. Kilkadziesiąt następnych minut asystowałem przy gotowaniu, wąchając i smakując danie na kolejnych etapach jego przyrządzania. Wieczorem zaczęli się schodzić goście. Nie wiem czy nasza obecność miała na to jakiś wpływ, ale nie można tego wykluczyć. Najpierw do nieopuszczającego nas od rana kuzyna dołączył jego młodszy brat. Chwilę później pojawiły się dwie nastoletnie, bardzo ładne dziewczyny w asyście trzech starszych pań i jednego mężczyzny. Wkrótce dołączyli brat Hamida z żoną i dzieckiem, a na końcu Ali. Mężczyźni zasiedli na dywanie, a panie sprawnie podawały talerze i sztućce. Kiedy przyniosły ostatnie półmiski usiadły na przeciwko nas. Jedzenia było bardzo dużo i mimo, iż wszystkie dania wyglądały bardzo apetycznie, nie byliśmy w stanie nawet niektórych spróbować. Pomimo tak wielu nowych dla nas osób i kłopotów językowych atmosfera była bardzo sympatyczna. Tym razem Witek stał się głównym obiektem zainteresowania. Co rusz podsuwano mu kolejne talerze i namawiano na dokładki, a on z przepraszającym uśmiechem tłumaczył, że wszystko jest doskonałe, lecz gospodarze nieustannie nas karmią i jesteśmy pełni. W trakcie kupowania biletów, wymieniono godzinę dwudziestą drugą jako porę odjazdu. Trochę się niepokoiłem czy Hamid, który zadeklarował, że nas podwiezie na dworzec pamięta o tym. Powiedział, że tak, a czasu mamy dość, ponieważ tak naprawdę pociąg ma być czterdzieści po dwudziestej drugiej. W tej sytuacji zdaliśmy na jego czujność i dalej uczestniczyliśmy w kolacji. Pół godziny później trzeba się jednak było zbierać. Pakowanie poszło nam bardzo sprawnie, ale pożegnanie się z tak liczną rodziną zajęło sporo czasu. Nie obyło się też bez „okolicznościowych przemówień”. W licznej asyście wsiedliśmy do samochodu. Kiedy już mieliśmy odjeżdżać pani domu podała nam wypchaną czymś foliową torbę. Na pytanie „co to takiego?” oświadczyła, że kawałek chleba, który chwaliliśmy podczas posiłku. Dopiero na dworcu okazało się, że chleb był tylko pretekstem. W torbie były przyprawy, pistacje i spore pudełko specyficznych dla okolic Kermanu ciastek daktylowych i woda. Samochód wyjechał na drogę wylotową z miasta i pomknął w ciemność. Dworzec kolejowy w Sirjan, tak naprawdę, usytuowany jest prawie czterdzieści kilometrów od miasta. Ku naszemu zaskoczeniu towarzyszący nam panowie zaczęli się z nami żegnać przed budynkiem. Kiedy zapytałem czemu nie wejdą do środka powiedzieli, że nie mogą ponieważ konieczny jest do tego ważny bilet a tylko my taki mamy. Po serdecznych uściskach dłoni i zapewnieniach, że zawsze mogą liczyć na gościnę w naszych miastach weszliśmy przeciskając się przez wąskie drzwi do wewnątrz. Wbrew temu co usłyszeliśmy, nikt nas nie kontrolował. Weszliśmy na peron, ale po chwili wróciliśmy do przeszklonej poczekalni i usiedliśmy na metalowych siedziskach. O wyznaczonej porze, zamiast pociąguusłyszeliśmy płynący z głośników komunikat. Z oczywistych powodów nie zrozumieliśmy ani słowa, co zapewne odbiło się na naszych twarzach, ponieważ siedzący nie opodal mężczyzna powiedział w przyzwoitym angielski, że pociąg został odwołany. Wcale nas to nie uspokoiło. Wręcz przeciwnie, chcieliśmy wiedzieć jaki jest dalszy tryb postępowania. Rozmówca odparł, że żaden. Wsiądziemy do następnego, który przyjedzie za czterdzieści minut. Uspokojeni wdaliśmy się w rozmowę, którą przerwał patrol policji prosząc nas o paszporty. Pokazaliśmy je i kontynuowaliśmy rozmowę. Właśnie opowiadał, że mieszka w Teheranie i raz w tygodniu służbowo jeździ do Sirjan kiedy podszedł do nas kolejny patrol. Nasz nowy znajomy poinformował żołnierzy, że chwilę temu byliśmy kontrolowani, lecz nie tylko nie osłabiło to ich ochoty do obejrzenia naszych paszportów ale „zaprosili” nas do kontroli bagażu. Na odchodnym zażartowałem, licząc na nieznajomość angielskiego wśród mundurowych, że może nas nie rozstrzelają. Przeszliśmy do ciasnego kantorka, przez który przeszliśmy wchodząc do budynku. Panowie grzecznie acz stanowczo poprosili o wypakowanie plecaków. Poodpinałem zamki, ale niczego nie wyjąłem. Oświadczyłem, że jeśli chcą, to mogą to zrobić sami z tym, że po kontroli spakują wszystko tak, jak było. Tupet się opłacił, bo po wsadzeniu ręki pod klapę plecaka kontrolujący mnie wojskowy zrezygnował z dalszego grzebania. Witek w tym czasie zdążył już sporo rzeczy wyjąć, więc miał też więcej do pakowania. Po powrocie na miejsce, dowiedzieliśmy się o kolejnym odwołanym pociągu. Dopiero dobrze po dwudziestej trzeciej nadjechał skład jadący w interesującym nas kierunku. Czekało nas około pięciu godzin podróży, zatem łatwo było policzyć, że przyjdzie nam wysiadać po czwartej nad ranem. Prawdopodobieństwo przespania stacji było spore, więc poprosiliśmy naszego nowego znajomego o napisanie na kartce prośby do konduktora o „wysadzenie” nas we właściwym miejscu. Tak zabezpieczeni poszliśmy szukać swoich miejsc. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie trzy kuszetki nie tylko były w tym samym wagonie, ale sąsiadowały ze sobą w jednym przedziale. Kartka zatem okazała się zbędna, choć nasz towarzysz podróży poinformował konduktora o celu naszej podróży. Wagon przypominał te, którymi podróżowałem na Krym, lecz był w znacznie lepszym stanie. Pościel i prześcieradła były w praktycznych torbach, a jednorazowe poszewki dodatkowo zafoliowane. Dokończyliśmy przerwane wątki rozmowy i położyliśmy się zasypiając niemal natychmiast.
DZIEŃ DZIEWIĄTY 31 maja 2016 roku (Persepolis, Naksze Rostam, Naksze Radżab, Sirjan)
W rozgardiaszu wieczornego spotkania nie ustaliliśmy żadnych ram czasowych, więc nie chcąc zaprzepaścić szansy, wstaliśmy dosyć wcześnie. Sprawnie spakowaliśmy rzeczy i uprzątnęliśmy „sypialnię”. W zwartym szyku stawiliśmy się pod warsztatem pana Mardoniego. Niestety, zastaliśmy tam jedynie jego matkę, która kopała w suchej jak pieprz ziemi, wokół kilku rachitycznych roślinek. Z tego co powiedziała zrozumieliśmy, że wyjechał wróci za jakieś dwie godziny. Pomaszerowaliśmy jak niepyszni do bufetu na drugim końcu placu, skąd jednak zupełnie dobrze było widać „posiadłość” Mister Mardoniego i postanowiliśmy zaczekać. Byłem w trakcie uzupełniania notatek, kiedy przyjaciel zaalarmował mnie, że ktoś podjechał pod „blaszankę”. Szybko przemierzyliśmy kilkusetmetrowy odcinek i zajrzeliśmy do warsztatu. W pierwszej chwili siedzącego tam mężczyznę wziąłem za naszego gospodarza, ale to nie był on. Omawiał coś z dwoma kierowcami, więc wyszliśmy na zewnątrz, zastanawiając się co powinniśmy zrobić. Czas mijał, ale głupio było tak po prostu zniknąć. Odczekaliśmy jeszcze godzinę kiedy zjawił się Mardoni. Na nasz widok szeroki uśmiech rozkwitł na jego umorusanej twarzy. Jednak równie szybko zastąpił go wyraz zakłopotania. Pokazał stojące samochody, rozrzucone narzędzia potem siebie grzebiącego w trzewiach maszyn i zegarek. Było oczywiste, że wpadła mu niespodziewana, pilna robota i nie może z nami jechać. Zanim jednak zdążyliśmy zareagować zażądał rozmówki. Zadziwiająco łatwo znalazł odpowiedni fragment i uzupełnił go odpowiednią pantomimą. W polskiej wersji przeczytaliśmy: „Gdzie mogę zamówić taksówkę?”, lecz pełny przekaz był następujący: „Załatwię Wam taksówkę w dobrej cenie”. Nie czekając na naszą decyzję wybrał numer na archaicznym telefonie i tonem nawykłym do wydawania poleceń powiedział coś osobie, po drugiej stronie. Czekając na przyjazd taksówki, wróciliśmy do niedokończonych wieczorem tematów. Tym razem ciężar „rozmowy” spadł na Kolegę dzięki czemu mogłem się trochę rozejrzeć. Blaszany warsztat był niezwykle skromnie wyposażony. Trochę sprzętów ślusarskich, bloczek z łańcuchem, podstawowe narzędzia. Wcześniej zauważony człowiek siedział nadal w tym samym miejscu co poprzednio. W jednej ręce trzymał kilkucentymetrowy drut, w drugiej uchwyt skręcony z tego samego drutu, na końcu którego uczepiona była jakaś szara substancja przypominająca plastelinę. W wąskiej, wysokiej puszce żarzyły się węgle. Mężczyzna podgrzewał na nich drut, po czym przykładał go do substancji na prowizorycznym uchwycie. Wydobywający się dym wciągał do płuc trzymaną w ustach papierową lufką. Na zewnątrz zatrzymał się jakiś samochód. Mister Mardoni wylewnie przywitał kierowcę, dając nam do zrozumienia, że są w dobrej komitywie. Przyjaźń, przyjaźnią, lecz kwestię finansową należało uzgodnić na miejscu. Przyjaciel wywiązał się z tego zadania znakomicie. Najwyraźniej jak tylko potrafił, kilkukrotnie wymienił nazwy trzech interesujących nas miejsc: Persepolis, Naksze Radżab i Naksze Rostam. Kierowca przytaknął i pokazał banknoty o wartości sześciuset tysięcy riali. Kolega oddzielił z nich sto tysięcy dając do zrozumienia, że liczymy na rabat. Nie wywołało to entuzjazmu choć po wymianie zdań pomiędzy przyjaciółmi, zostało zaakceptowane. Mister M. pomógł zapakować plecaki do bagażnika i obściskał nas na pożegnanie. Z dystansu nisko ukłoniliśmy się starszej pani i wzniecając tumany kurzu wyruszyliśmy w kierunku gór. Gęsto zadrzewioną aleją dojechaliśmy pod barierki, za którymi, w oddali widać było ruiny antycznego miasta. Ustaliliśmy z kierowcą godzinę spotkania i poszliśmy na spotkanie historii. Na kamienną platformę wiodą dwa biegi szerokich schodów, co w połączeniu z nieustannie płynącymi w obu kierunkach falami ludzi przywodzi na myśl współczesne centrum handlowe. Na szczęście prowadzą nie do oszklonych sklepów a do pozostałości po stolicy perskiego imperium z szóstego wieku przed naszą erą. Zastanawiające jest to, że miasto utrwaliło się w świadomości pokoleń pod nazwą nadaną mu przez Greków, mimo iż jego rozkwit przerwał pożar wzniecony przez Aleksandra Wielkiego. Pierwotna nazwa nadana dwa i pół tysiąca lat temu przez Dariusza I Wielkiego - „Parsa”, podobnie jak dzisiejsza tacht-e dżamszit (Tron Dżamszida) jest czytelna dla niewielu przeciętnych ludzi. Trzeba dobrze wysilić wyobraźnię, żeby pośród pojedynczych fragmentów ścian i kikutów nielicznych kolumn dopatrzyć się olśniewającej swoim ogromem i przepychem stolicy imperium. Wzrok przyciągają podniesione z ruin fragmenty dekorów i rzeźb, w których łatwo rozpoznać znane z folderów, pocztówek czy gadżetów reklamowych kształty. „Brama Wszystkich Narodów” z charakterystycznymi skrzydlatymi bykami należy do tych najchętniej fotografowanych. Zdecydowanie lepiej zachowana i bogatsza w reliefy jest „Sala Stu Kolumn” - Apadama2 (kolumn obecnie jest zaledwie kilka, a i te stanowią jedynie wspomnienie własnej świetności), lecz stalowe zadaszenie mające ochraniać zabytek sprawia, iż misterne płaskorzeźby i reliefy pozbawione światła tracą na wyrazistości i pozostają niedocenione. W stromym, skalnym zboczu nad miastem wykuto dwa sąsiadujące ze sobą grobowce Artakserksesa II i Artakserksesa III. Wiodą do nich kompletnie nieprzygotowane, niemal „kozie” ścieżki. Warte jednak zaryzykować skręcenie nogi, ponieważ w przeciwieństwie do rozczłonkowanego miasta, stanowią integralną, zdobną całość, a widok z kamiennej platformy pozwala przynajmniej docenić wizjonerstwo niegdysiejszych urbanistów. Zważywszy na ograniczony czas, oglądaliśmy ruiny z nietypową dla nas systematycznością. Po przejściu przez „Bramę Wszystkich Narodów” i obejrzeniu zabezpieczonych pancernym szkłem rzeźb wdrapaliśmy się pod grobowce. Niczym antyczni wodzowie, z wyżyn nie tyle majestatu, co kamiennej platformy zaplanowaliśmy dalszą marszrutę. Następnie, konsekwentnie trzymając się planu, przeszliśmy wytyczonymi ścieżkami aż po północną krawędź kompleksu. Na sfotografowanie niektórych elementów trzeba było poczekać, ponieważ nieustannie ktoś wchodził w kadr. To niestety powodowało, iż uciekał cenny czas a na dodatek słońce wysysało z nas resztki wilgoci. O wyznaczonym czasie, z lekką zadyszką odszukaliśmy a właściwie daliśmy się odszukać kierowcy. Bez zbędnych słów ruszyliśmy dalej. Objeżdżając z lewej strony antyczne ruiny dotarliśmy do Naksze Radżab. Płacąc za bilet osiemdziesiąt tysięcy riali spodziewałem się czegoś więcej aniżeli dwóch naskalnych sasanidzkich reliefów. Zaskakują urodą, lecz także jakby przypadkowością lokalizacji. Zapewne w czasach, kiedy je wykuto, otoczenie wyglądało inaczej, ale obecnie sprawiają wrażenie, jakby zostały tu zostawione na chwilę i zapomniane. Naksze Rostam w przewodniku porównywane jest do egipskiej „Doliny Królów”. W moim przekonaniu zdecydowanie bardziej adekwatne wydaje się odniesienie do „Skarbca” w jordańskiej Petrze. Ciąg wykutych wprost w skale fasad grobowców achemenidzkich władców wzbudza szacunek swoją wielkością. Wszystkie mają tą samą formę. Różnice, przynajmniej dla laika, są subtelne dlatego jedynie najwytrwalsi docierają do ostaniego po lewej stronie, gdzie nieco na uboczu znajdują się reliefy równie ciekawe jak te w Naksze Radżab. Szkoda, iż nie zostały bardziej wyeksponowane, ponieważ przy stosunkowo niewielkich gabarytach stanowią ciekawy kontrapunkt dla wielkich grobowych fasad. W okolicy jest jeszcze jedno historyczne miejsce – Pasargady. Zważywszy jednak, iż nawet autorzy przewodników wspominają o nim jedynie niejako z obowiązku, podkreślając jedynie znaczenie historyczne miejsca pochówku Cyrrusa Wielkiego, a nie walory turystyczne (splądrowano je jeszcze za czasów Aleksandra Wielkiego) zrezygnowaliśmy z nadkładania drogi i wróciliśmy do Marvdasht. Przed wyjazdem chcieliśmy jeszcze podziękować panu Mardoniemu. Minibus z zajętymi w większości miejscami stał już na placu. Wsiedliśmy do niego w ostatnim momencie. Tym razem niemal w całości zajęty był przez kobiety w czarnych czadorach. Patrząc na nie z tyłu trudno było zachować powagę, ponieważ pokrowce foteli w intensywnie niebieskim kolorze miały identyczną formę. Kiedy dotarliśmy do terminala w Shiraz, ze znajomością rzeczy skierowaliśmy się do części dla autobusów dalekobieżnych. Oczywiście, nie obyło się bez nagabywania przez taksówkarzy. Ich wytrwałość jest zadziwiająca. Nie zniechęca ich nawet fakt posiadania biletu. My wprawdzie musieliśmy go dopiero kupić, lecz zdecydowanie nie zamierzaliśmy w żaden sposób korzystać z oferowanych usług, a jednak... Mój przyjaciel stwierdził, że przed wyjazdem musimy kupić chleb. Nigdzie nie widzieliśmy piekarni, można jednak było założyć, że gdzieś w pobliżu takowa powinna być. Zapytałem o to najbardziej namolnego kierowcę. Dowiedziałem się od niego, iż w tej okolicy nie ma żadnej, lecz chętnie mnie zawiezie za jedyne pięćdziesiąt tysięcy riali. Nie bardzo mu uwierzyłem, a nawet gdyby to była prawda, nie miałem ochoty płacić pięciokrotną wartość chleba, za możliwość kupienia go. Odmówiłem zdecydowanie, co wcale nie zniechęciło kierowcy. Chwilę mnie przekonywał po czym obniżył cenę do trzydziestu tysięcy. Odrzuciłem i tą propozycję. Właśnie dotarliśmy do sklepików i stoisk z jedzeniem na dworcu, więc poczęliśmy wypytywać o chleb. Niestety, z pieczywa oferowano nam jedynie słodkie bułeczki. Taksówkarz, który chwilę wcześniej zniknął w tłumie pojawił się znowu. Tym razem, zupełnie nieoczekiwanie oświadczył, że zawiezie mnie do piekarni za darmo. Było to dosyć podejrzane posunięcie, ponieważ przedstawiciele tej grupy zawodowej, w przeciwieństwie do większości Irańczyków niczego nie robią gratis. Wprawdzie poprzednio powiedziałem mu o tym, tłumacząc że kiepsko wypadają na tle swoich rodaków ale nie sądziłem, iż może to mieć jakiekolwiek znaczenie. Wietrząc podstęp powiedziałem: „...teraz mówisz jedno a potem zażądasz pieniędzy.” Spodziewałem się pretensji, protestów a w odpowiedzi usłyszałem przeprosiny. Teraz ja nie wiedziałem jak zareagować. Nasz oszczędny sposób podróżowania to jedno, a dla niego jeżdżenie taksówką, to sposób zarabiania na życie. Trudno mieć o to pretensje. Chcą wybrnąć z tej sytuacji, powiedziałem, że dziękuję za propozycję ale jakoś sobie poradzimy. Wydawało się to dobre wyjście dla obu stron lecz kierowca uparł się odwołując się do tradycji, gościnności. Ustaliliśmy zatem, że mój towarzysz podróży zostanie a ja skorzystam z propozycji i zdobędę dla nas chleb. Jeszcze na terenie terminala zaczepił mnie policjant zwracając mi uwagę na jego zdaniem zbyt krótkie spodnie. Byliśmy w miejscu publicznym, zdecydowanie jednak zwyczajnym, niczym nie uświęconym a moje nogawki sięgały za kolana. Dyskusja jednak nie miała sensu a zajęła by czas. Wróciłem do plecaka po końcówki nogawek. Dopiąłem je i wsiadłem do taksówki. Wbrew przewidywaniom do piekarni był spory kawałek. Zanim się zatrzymaliśmy, poczułem intensywny zapach drożdżowego ciasta, co natychmiast poskutkowało reakcją ślinianek. W kolejce stało kilka osób. Każda z nich kupowała po trzy, pięć chlebów a te były na bieżąco pieczone i podawane wprost z pieca. Trzeba było odczekać na swoją kolej. Ktoś zapytał kierowcę o mnie a ten, jakby tylko na to czekał, zaczął opowiadać o naszym spotkaniu, spodniach i policjancie. Oczywiście nie rozumiałem ani słowa ale łatwo było się zorientować o czym mówi, ponieważ szeroko gestykulował a na dodatek bezceremonialnie pokazywał palcem na mnie, na siebie, na nogawki. W jego spektaklu nie zabrakło gestu spinania ich ze spodniami, co natychmiast skierowało wzrok wszystkich na moje kolana. Nie wiedziałem czy być śmiać się z tego zainteresowania czy być wściekłym. Wybrałem pierwszy wariant i niczym zawodowy model zademonstrowałem ów „niezwykły patent”. Reakcja przeszła moje wyobrażenie. Zamiast wesołości wywołałem tym głośne komentarze nad „upierdliwością” władzy i własnym „sprytem”. Nie wiem, czy ktoś ustąpił mi kolejki, czy też „występ” odczuwalnie skrócił oczekiwanie. Tak czy inaczej dostałem dwa gorące placki, które ledwo byłem w stanie utrzymać w rękach. Na specjalnym stoliku przekroiliśmy je na trzy części i owinąwszy w kawałek folii wróciliśmy do samochodu. Taksówka zaparkowana był tuż przy straganie z owocami, którego właściciel okazał się być znajomym kierowcy. Miałem nadzieję, że obaj panowie poprzestaną na wymianie uprzejmości ale taksówkarz postanowił uraczyć kolegę opowieścią, którą przećwiczył w piekarni. Wprawdzie skrócił ją znacznie, niemniej jednak ponownie przypadła mi rola „małpy w cyrku” i jak na małpę przystało, w nagrodę za udany występ dostałem nagrodę. Nie, nie były to banany lecz żółty, pachnący melon. Po drodze na terminal, zadowolony kierowca pochwalił się niezwykłym rodowodem. Bez najmniejszego skrępowania oświadczył, że pochodzi od ...Cyrrusa. Pogratulowałem mu doskonałej koligacji nie pytając przezornie o dowody. Gdyby okazało się, że ma w samochodzie zwój z drzewem genealogicznym, to nawet pobieżne przejrzenie go mogłoby zająć kilkanaście godzin a tyle czasu nie miałem. Na miejscu zaproponowałem mu wspólny posiłek ale odmówił. Najwyraźniej śpieszno mu było upowszechnić naszą historię wśród kolegów. Z przerażeniem wyobraziłem sobie konieczność wystąpienia przed kilkunastoma kierowcami a kto wie, może i szerszą rzeszą przypadkowych pasażerów oczekujących na autobusy. Odszukałem przyjaciela i usiedliśmy w najciemniejszym kącie poczekalni. Właśnie kończyłem mu opowiadać historię wyprawy „za chlebem”, pałaszując go jednocześnie kiedy z rzędu krzeseł za nami dotarło do mnie bardzo nieśmiałe: „Excus me sir, may I ask you one question?” Odwróciłem się. Za nami siedziało dwóch młodych ludzi, jeden z nich pochylał się w naszą stronę i to właśnie on zwrócił się do mnie. „Of course, what is up?” odpowiedziałem. Oczekiwałem jakiegoś konkretu, choćby pytanie o godzinę czy producenta plecaka. Chłopak jednak chciał po prostu pogadać i po najczęściej zadawanym nam pytaniu: „Where are you from?” padły kolejne, równie banalne. Wszystko wskazywało na konieczność odbycia kolejnej rozmowy o wszystkim i o niczym. Upewniłem się w tym przekonaniu, kiedy dotarliśmy do pytania o naszą ocenę Iranu. Sprawdzony już schemat przewidywał, iż pochwalę (zupełnie szczerze) perską gościnność i serdeczność, a rozmówca podziękuje i tak dobrniemy do szczęśliwego końca. Tak też się stało, lecz chłopak z jakąś dziwną rezygnacją w głosie dodał, że taki obowiązek nakłada na nich wielowiekowa tradycja, którą obecnie rzadko mogą praktykować. Moje znużenie ustąpiło ciekawości. Zapytałem dlaczego tak sądzi i w odpowiedzi usłyszałem długi wywód na temat sytuacji politycznej Iranu i izolacji i braku perspektyw. Z poczuciem winy za posądzenie go o chęć przećwiczenia na nas angielskiej konwersacji towarzyskiej usiłowałem sklecić zrozumiałe, a jednocześnie sensowne stanowisko, odnoszące się do poruszonych kwestii. Przy mojej znajomości (a raczej jej braku) języka, przyszło mi to z trudem, jednak efekt zaskoczył i mnie i mojego towarzysza. Hamid zapytał, czy nie chcielibyśmy pojechać z nim. Wcześniej rozmawialiśmy o naszej podróży i planach na najbliższe dni. Wspominałem wówczas, że pierwszym miastem odwiedzonym po wylądowaniu był Kerman a nasz nowy znajomy powiedział, iż właśnie stamtąd pochodzi dodając „prawie”. Przypomniałem mu to, tłumacząc się trochę, że jest wiele miejsc, które chcemy zobaczyć i wolelibyśmy się nie wracać. Jego melancholijny z natury wyraz twarzy przybrał jeszcze bardziej posępny wyraz lecz nie zrezygnował. Na naszej mapie, którą posiłkowałem się tłumacząc takie a nie inne stanowisko, wykazał że w drodze do Yazd`u dokąd zamierzaliśmy jechać nie nadłożymy zbytnio drogi jeśli najpierw zatrzymamy się w Sirjan. Przy okazji po raz kolejny wyszło, iż w skali Iranu „prawie”, „blisko”, „obok” ma wymiar stu, stukilkudziesięciu kilometrów. Rodzinna miejscowość Hamida właśnie o tyle była oddalona od Kermanu. Zapewnił nas jednocześnie, że choć znacznie mniejsza, jest równie ciekawa turystycznie, a on chętnie nam pokaże jej największe atrakcje. Kiwnięcie głową mojego przyjaciela przesądziło sprawę. Zgodziłem się na wizytę, co wyraźnie ucieszyło Hamida. Oświadczył, że w tej sytuacji idzie kupić bilety. Po powrocie, na pytanie, ile jesteśmy mu winni odparł, że zapraszając nas, czuje się w obowiązku zapłacić za nie i był w tej kwestii bardzo stanowczy. W autobusie kontynuowaliśmy rozmowę. Dowiedziałem się, że studiuje w Shiraz na MBA, mieszka z rodzicami, ma liczną rodzinę. Zanim zapadł zmrok z zainteresowaniem przyglądałem sie krajobrazom mijanym przez autobus. W przeciwieństwie do monotonnym widokom na trasie z Teheranu do Kermanu, sprowadzającym się właściwie do szaroburej pustyni, teraz mijaliśmy rozległe, wyschnięte słone jeziora, które nieskazitelna bielą równej tafli, przywodziły na myśl zimowe obrazki Kanady. Kiedy autokar zaczął się piąć stromo pod górę, pojawiły się uprawy, a żółcienie i ugry ustąpiły miejsca soczystej zieleni gajów piniowych. Zachodzące słońce kładło długie cienie pomiędzy wzgórzami, tworząc niezwykle plastyczną panoramę, którą przecinała niknąc na horyzoncie droga. Wraz z nami jechała grupa żołnierzy. Wraz z zapadnięciem zmroku, to oni stanowili główny obiekt naszych obserwacji. Doszedłem do wniosku, że niezależnie od nacji, miejsca, koloru naszywek i kroju munduru „szwejowstwo” ma wymiar ogólnoświatowy. Cała grupa była rubaszna, zadziorna i pozbawiona elementarnych zasad kultury. Robili sobie nawzajem niewybredne dowcipy, wykładali nogi w podkutych butach na fotele lub co gorzej pozbawione obuwia stopy pod nosy współpasażerom. Hamid najwyraźniej wstydził się za swoich rówieśników, ale w jego dezaprobacie była jakaś, wówczas niezrozumiała dla nas, obawa. Dużo później dowiedziałem się, że nad nim wisiała, niczym Miecz Damoklesa perspektywa służby wojskowej wśród właśnie takich „osobników”. Kilka minut po dwudziestej drugiej przesiedliśmy się z autobusu do pachnącego nowością samochodu. Przyjechał nim starszy brat Hamida. Wysoki, trzydziestokilkuletni mężczyzna, o pogodnym usposobieniu. W przeciwieństwie do swojego młodszego brata, pogrążonego w łagodnej melancholii i zadumie Ali, odrzuciwszy od razu wszelkie konwenanse, wdał się z nami w rozmowę. Dowcipkując szybko dotarliśmy do willowej dzielnicy miasta pod wysoki mur z masywną stalową bramą, za którym stoi dom rodziców Hamida i Alego. Na podwórku przywitał nas ich ojciec – sympatyczny, niski pan około sześćdziesiątki. Zostawiwszy buty przed drzwiami weszliśmy do obszernego pomieszczenia, gdzie przedstawiono nas pani domu, trzeciemu bratu oraz żonie Alego. Byliśmy trochę skrępowani, ponieważ wyglądało to bardzo oficjalnie, żeby nie powiedzieć podniośle. Hamid wskazał nam wejście po prawej stronie i powiedział, że to jest jego pokój, który na czas naszego pobytu, oddaje nam do dyspozycji wraz ze wszystkim, co się w nim znajduje. Na początek jednak skwapliwie skorzystaliśmy z propozycji odświeżenia się. W trakcie rozpakowywania plecaków poproszono nas do stołu, choć to określenie ma tu znaczenie jedynie symboliczne. Na dywanie panie rozścieliły już ceratowy obrus i zaczęły wnosić jedzenie. Nasz młody gospodarz z troską w głosie zaproponował, że jeśli to dla nas zbyt niewygodne, to możemy skorzystać z małego „jamnika” stojącego z boku przy kanapie, lecz obaj zgodnie zadeklarowaliśmy chęć jedzenia ze wszystkimi. Zestaw dań przypominał obiad w Rudane. Nowością


były plastry ziemniaka usmażone z ryżem i duże ilości świeżych ziół. Do picia podano jakiś napój na bazie mleka – maślankę, może kefir. Podobną rolę jak ser we Francji, pełnił tutaj jogurt, wymieszany z posiekanym koperkiem. W trakcie posiłku głównie rozmawiali mężczyźni. Senior – emerytowany energetyk, odzywał się rzadko. Hamid, mimo iż najmłodszy w tym gronie sprawiał wrażenie najpoważniejszego. Nieustannie doglądał czy czegoś nam nie brakuje, natomiast Ali, swoją swobodą, szczerym uśmiechem i dowcipami sprawiał, że szybko nieco oficjalna na początku atmosfera przerodziła się typowo rodzinną. Żartobliwe połajanki, śmieszne miny mieszały się z pytaniami o nasze przyzwyczajenia, ulubione dania. Szczerze chwaliliśmy jedzenie, pomijając jedynie to, iż spodziewałem się bardziej ostrych, zdecydowanych smaków. Charakterystyczne dla Turcji, Armenii czy Gruzji pikantne dodatki, tu praktycznie nie występowały. W ich miejsce zastosowano aromatyczne, ale łagodne zioła. Minęła północ, a kolacja trwała w najlepsze. W Iranie biesiadowanie do późna jest głęboko zakorzenione. Podróżując z namiotem, rytm dnia wyznaczały nam głównie zmierzch i świt, więc byliśmy trochę senni, co nie uszło uwagi Hamida. Szybko zakrzątnął się przy zorganizowaniu nam posłania, choć przekonywaliśmy go, że jesteśmy samowystarczalni. Dostaliśmy materace, pościel, koce. W czasie kiedy kolega poszedł się umyć, za zgodą gospodarza, skorzystałem z Internetu i szybko załatwiłem najpilniejszą korespondencję.





DZIEŃ ÓSMY 30 maja 2016 roku (Shiraz - Marvdasht)
Rozespany i „połamany” wywlokłem się z wychłodzonego autokaru wprost na chłód poranka w Shiraz. Pluton taksówkarzy natychmiast przystąpił do ataku, musieliśmy poprosić o zawieszenie broni i przegrupować siły. Rozpoznanie możliwości dotarcia do centrum nie przyniosło oczekiwanego efektu. Byliśmy zdani na kolejną konfrontację z taksówkarzami. Po raz pierwszy w życiu przyszło mi kupować bilet na taksówkę. Z wydrukiem w ręku podszedłem do żółtego samochodu ozdobionego pasami z drobnej, czarnej szachownicy. Kierowca przyjął kwitek opiewający na sto pięćdziesiąt tysięcy riali, zapakował nasze plecaki do bagażnika i wyjechał z parkingu. Przecięliśmy kompletnie suche koryto rzeki i po chwili podjechaliśmy pod ...hotel. Już przy płaceniu wskazałem w przewodniku miejsce, które nas interesowało. Następnie to samo zrobiłem w taksówce, ale najwyraźniej tutaj turysta plus ranek równa się hotel. Powstrzymałem kierowcę przed wypakowaniem plecaków, ponownie pokazałem mu punkt na mapie, lecz i to go nie przekonało. Dopiero przypadkowy przechodzień, który włączył się do dyskusji, rozwiązał problem. Taksówkarz przytaknął i pojechaliśmy z powrotem. Na szczęście nie daleko a na dodatek, bez dodatkowych roszczeń finansowych. Nasza „Żółta Łódź Podwodna” przycumowała pod drzewem, na wprost bramek wejściowych do mauzoleum. Tuż obok, w kontenerze, była przechowalnia bagażu, co niezwykle nas ucieszyło. Z trudem przepchnęliśmy przez małe okienko nasze plecaki i pomaszerowaliśmy w kierunku bramek. Mauzoleum Mira Sajjeda Ahmada z zewnątrz wygląda niepozornie, ale strzeżone jest lepiej, aniżeli niejedno lotnisko. Już pobieżne oględziny wypadły dla mnie niekorzystnie. Zakwestionowano długość moich nogawek. Wprawdzie sięgały za kolana, lecz najwyraźniej niewystarczająco. Nie było wyjścia. Wróciłem pod okienko i poprosiłem o swój plecak. Mężczyzna wewnątrz, zaproponował mi, żebym wszedł do środka, co niezwłocznie uczyniłem. Jak zwykle, w pośpiechu nie mogłem doszukać się pakunku ze spodniami. Kiedy wreszcie je znalazłem, bezmyślnie zwinąłem te, w których przyjechałem, razem z zawartością kieszeni. Tym razem kontrola przebiegła pomyślnie i mogliśmy przekroczyć wejście, przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn. Oczywiście kobiety także mogą wejść na teren kompleksu, ale mają oddzielne wejście podobnie jak w każdym meczecie. Przekroczenie bramek, nie oznaczało całkowitej swobody poruszania się. Polecono nam zaczekać i dopiero kiedy pojawił się odpowiedni „asystent”, pozwolono nam iść dalej. Uprzedzony o zakazie używania aparatów fotograficznych, swój zostawiłem w plecaku. Pozostał mi jedynie telefon, którym można było bez przeszkód fotografować. Asystujący nam mężczyzna upewniwszy się, że rozumiemy zasady obowiązujące w tym miejscu wrócił do wejścia a my, zdjąwszy buty weszliśmy do imponującego niezwykłą fasadą obiektu. Wnętrze również było zaskakujące. Tradycyjnie wieloelementowa i bardzo złożona konstrukcja sklepienia, a także ściany, pokrywają misternie przycięte lustra. Transparentne i barwione szkło, powoduje, że całe wnętrze skrzy się i mieni wieloma odcieniami zieleni. Z głośników sączy się stonowany śpiew, a liczna obsługa, ubrana w garnitury, przesuwając się bezgłośnie po dywanach zmiata niewidoczne kurze, przeciera ściereczkami miejsca, które pielgrzymi zwykli całować i rozpyla wodę różaną z atomizerów. Wszystko to tworzy podniosłą i uduchowioną atmosferę, której ulegają nie tylko wierni. Po dłuższym kontemplowaniu wyszliśmy na zewnątrz i powolnie posuwając się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, obchodziliśmy rozległy plac. Na jego przeciwległym, krótszym boku, pod kolumnadą rozległego pawilonu natrafiliśmy na szyicką placówkę agitacyjną. Ugrzeczniony, starszy pan zapytał czy mamy ochotę na herbatę i szerokim gestem zaprosił nas do środka. Wnętrze było klimatyzowane, herbata aromatyczna, a podane do niej ciastka ... takie sobie. Rozmawialiśmy o zawiłościach w pojmowaniu Koranu. My z pozycji otwartych na wiedzę laików, on dobrotliwego mędrca, który rozświetla mroki ignorancji. Delikatnie zahaczyliśmy też o kwestię polityki zagranicznej państwa, które musi godzić ze sobą pragmatyzm i mistycyzm. Zapewne moglibyśmy spędzić tak kilka godzin, lecz tak tematyka jak i znajomość języka tworzyły co raz silniej widoczne bariery. Na koniec zostaliśmy obdarowani kilkoma broszurkami oraz bardzo dobrze wydanym planem miasta. Ten ostatni bardzo nas ucieszył, ponieważ dysponowaliśmy jedynie bardzo schematyczną i ograniczoną do ścisłego centrum mapką w przewodniku. Dokończyliśmy obchód placu i wyszliśmy na zewnątrz. Kierując się przewodnikiem i planem, postanowiliśmy obejrzeć twierdzę Karim Chana z drugiej połowy osiemnastego wieku. Budowla zwraca uwagę swoją rozległością i z lekka nachylonymi na zewnątrz narożnymi basztami. W dziewiętnastym wieku, nad bramą centralną, wykonano ogromne kolorowe malowidło na kaflu, które jest ilustracją do słynnego poematu wschodniego „Szach-Name”. Wyrazisty rysunek na białym tle jest poświęcony bitwie głównego bohatera poematu Rustama z Białym Dewom, bitwa ta uosabia wieczną walkę dobra ze złem. Cena biletów za wejście do środka, jest stanowczo zawyżona. Czterysta tysięcy riali umożliwia relaks w gęstym cytrusowym gaju (z dwoma obszernymi sadzawkami), wypełniającym centralny dziedziniec. Można też przejść się po nielicznych wykończonych, acz niewyposażonych wnętrzach. Widać, iż trwają pracę, które zapewne zaowocują udostępnieniem kolejnych pomieszczeń. W jednym ze skrzydeł jest zaaranżowana komnata audiencyjna, a sklepowe manekiny z doklejonym zarostem i przyodziane w historyczne stroje odtwarzają przyjmowanie przez Chana zachodniego poselstwa. Więcej w tym kiczu niż dostojeństwa, o jakie zapewne twórcą tego „dzieła” chodziło. Resztę wyremontowanych pomieszczeń zajmują sklepy z pamiątkami, w których można podpatrywać rzemieślników przy pracy. Dla mnie najciekawszym miejscem był hammam. Już sama architektura i rozplanowanie tradycyjnej wschodniej łaźni jest interesujące. Na dodatek pomieszczenia są ciekawie zdobione. Właśnie tam, kiedy dosyć swobodnie komentowaliśmy zwiedzane miejsce, usłyszeliśmy „Dzień Dobry! Miło usłyszeć polski język w takim miejscu”. Tuż za nami stał chłopak, z bardzo dobrym aparatem fotograficznym. Przysiedliśmy na chwilę, żeby porozmawiać. My, w wielkim skrócie, opowiedzieliśmy trochę o sobie, on zrewanżował się tym samym. Pochodzi z Sosnowca, ale od kilku lat mieszka i pracuje w Norwegii. Przyleciał na tydzień do Shiraz, żeby pozwiedzać miasto. Mieszka w hotelu i nie wybiera sie nigdzie dalej. Zaskoczeniem dla niego było to, że podróżujemy z namiotem, a z autentycznym podziwem dopytywał o już pokonaną trasę i dalsze plany. Uścisk dłoni zakończył spotkanie. Nieco rozczarowani wyszliśmy na rozgrzany plac przed twierdzą. Bilety znacznie uszczupliły i tak kończące się zasoby gotówki. Uznaliśmy, że czas najwyższy poszukać kantoru. Pytani przechodnie wskazywali pobliski ciąg sklepików i punktów gastronomicznych, ale nie mogliśmy go wypatrzeć. Wprawdzie w maleńkiej cukierni zaoferowano nam dokonanie wymiany i podano zupełnie satysfakcjonujący kurs, lecz pomni przestróg woleliśmy przeprowadzić tę operację w miejscu bardziej wiarygodnym. Poszukując kantoru przeszliśmy ruchliwą arterię i weszliśmy do pierwszego z brzegu baru, żeby zapytać o kantor. Tuż przy wejściu siedziała korpulentna kobieta. Kiedy zapytałem czy mówi po angielsku, zamiast odpowiedzieć, sama zapytała czy jesteśmy Rosjanami. Było to dla mnie zaskakujące i odruchowo, nieco alergicznie, zapytałem dlaczego tak sądzi i czy wyglądamy na Rosjan. Ona nie zrażona ani tonem, w jaki to powiedziałem, ani miną jaką zapewne zrobiłem, z wyczuwalna nadzieją w głoście odparła: „..ale mówicie po rosyjsku?” Było to raczej stwierdzenie, głębokie przekonanie, aniżeli pytanie. Wiedziałem, że jest w tym coś więcej aniżeli ciekawość, więc znacznie łagodząc ton odparłem, że trochę mówimy. Jej twarz rozświetlił szeroki uśmiech. Przeszła natychmiast na śpiewny język naszych sąsiadów i zapytała w czym może nam pomóc. Nadal po angielsku powiedziałem, że szukamy kantoru. Mój przyjaciel szturchnął mnie i konfidencjonalnie powiedział: „ ...mów po rosyjsku.” Chciałem, ale z trudem wygrzebywałem z pamięci pojedyncze słowa. Nasza rozmówczyni w tym czasie zawołała kilkunastoletniego chłopaka o wyraźnie perskich rysach i rosyjskim imieniu i zwracając się ponownie do nas powiedziała: „On was zaprowadzi. Może jesteście głodni?” powiedziałem, że owszem, lecz najpierw musimy wymienić pieniądze, bo nie mielibyśmy czym zapłacić. Wówczas jeszcze nie byłem pewien, czy istotnie będziemy jedli coś w tym barze, ale uznałem, że tak wypada. Poszliśmy za naszym przewodnikiem. Chłopak przeprowadził nas przez kładkę nad droga, którą właśnie przyszliśmy i kilka metrów od niej wszedł do małego biura. Pokazał nam, że jesteśmy na miejscu. Odczekał, aż dokonamy wymiany i poszedł w kierunku przejścia. Poszliśmy za nim. Na nasz widok, kobieta ponownie sie uśmiechnęła i zapytała co zjemy. Powiedziałem, że najchętniej coś smacznego i taniego, bo podróżujemy z namiotem i plecakami i musimy oszczędzać. No to kebab, zawyrokowała. Weszła za ladę i zaczęła coś przygotowywać. W tym czasie przyjaciel dopytywał się dlaczego nie rozmawiam z nią po rosyjsku. Wytłumaczyłem mu, że nie mogę się przestawić, choć chciałbym i że będę próbował. Po kilku minutach, przed nami pojawił się półmisek z podłużnymi kawałkami podsmażonego, mielonego mięsa wołowego oraz przypieczone pomidory. „Chljeb chotjetje?” - zapytała stawiając talerz. „Kanieczno” odparłem, zadowolony, że cokolwiek pamiętam. Przy okazji stwierdziłem, że nie mam problemu z rozumieniem, ale formułowanie sensownych zdań jest trudne. W trakcie jedzenia a właściwie pochłaniania jedzenia usiłowaliśmy kontynuować rozmowę. Teraz my zadawaliśmy pytania, bo trwało to krótko, a jej opowieści mogliśmy słuchać jedząc. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że nasza rozmówczyni jest moskwianką. Przyjechała za mężem. Mówi w czterech językach. Kiedy zapytałem czy nie tęskni za Moskwą, odparła w typowy dla Rosjan sposób: „ ...dlaczego nie miałabym tęsknić?! Oczywiście, że tęsknię.” Oczy jej się zaszkliły, ale mimo to zauważyła, że błyskawicznie uporaliśmy się z kebabami i skrupulatnie wycieramy talerze chlebem. Bez słowa wstała i dołożyła nam jeden kebab i kilka pomidorów. Zawstydzony wybąkałem „bolsze spasiba”. „Jeszcze trochę, a nam poleje samogonu” - cicho powiedział mój przyjaciel. Istotnie, musztardówki wypełnione wódką byłyby jak najbardziej na miejscu. Zbierając się do wyjścia zapytaliśmy, ile jesteśmy winni. Pani odpowiedziała, że sto pięćdziesiąt (tysięcy riali) „chwatit”. Była to symboliczna kwota. W innych okolicznościach zapewne wystarczyłaby może na chleb i pomidory. Za rogiem zatrzymaliśmy się, żeby uzgodnić co robimy. Najbliżej było do tzw. „Bramy Koranu”. Nie jest to zbyt wartościowy obiekt. Jedyna pozostała a właściwie zrekonstruowana brama miejska. Nazwano ją tak, ponieważ pierwotnie przechowywano w jej szczytowej partii cenny egzemplarz świętej księgi muzułman. W 1937 roku został on przeniesiony do muzeum, skąd go ...skradziono. Zdecydowaliśmy się iść w tamtą stronę także i dlatego, że tamtędy biegnie droga do Persepolis, do którego zamierzaliśmy się dostać. Przeszliśmy most nad wyschniętym korytem rzeki Rudchaneje Khoszk, uchodzącej do słonego jeziora Maharlu. Na jednym ze straganów kupiliśmy melon i posiłkując się planem, szliśmy na północny wschód. Po drodze mijaliśmy liczne mini parki z kilkoma drzewami, toaletą i skromnym trawnikiem. Zatrzymaliśmy się na chwilę w takim właśnie miejscu. Skorzystałem z okazji, żeby się trochę przepłukać a kiedy wróciłem kolega siedział wśród kilku irańskich kobiet. Widząc mnie machnął ręką żebym dołączył. Jak szybko się dowiedziałem, panie czekały na wnuki uczące się w pobliskiej szkole. Same zagadnęły mojego przyjaciela i mimo problemów językowych wypytywały go o różne sprawy, także i o to, ...jak się mu podobają Iranki (?!). Było miło, ale musieliśmy iść. Kawałek dalej, zupełnie nieoczekiwanie natknęliśmy się na pocztę. W twierdzy kupiliśmy kartki, ale pamiętając nasze poszukiwania poczty w Kermanie, nawet nie pytaliśmy tutaj nikogo o tą instytucję. Weszliśmy do środka. Długie obszerne pomieszczenie rozdzielał na pół ciąg okienek. Usiedliśmy na krzesłach i zabraliśmy się do pisania. Mając jeden długopis, musieliśmy to robić pojedynczo. Kiedy skończyłem, podszedłem do okienka. Nie wiem czy bardziej my, czy może wpisany adres wywołał zainteresowanie obsługi. Wdałem sie w rozmowę z kilkoma osobami odpowiadając na typowe pytania. Po chwili podszedł do nas postawny mężczyzna i zapytał czy mam ochotę na herbatę. Wiedząc, że jest to zazwyczaj pretekst, do bliższego poznania się, potwierdziłem. Zostałem zaproszony na „drugą stronę”. Dostałem filiżankę herbaty i wskazano mi krzesło. Niebawem do herbaty dodano coś słodkiego, a w międzyczasie niemal wszyscy urzędnicy otoczyli mnie zwartym kołem. Nie zauważyłem kto poszedł po mojego przyjaciela, ale wkrótce obaj byliśmy w centrum zainteresowania. Mężczyzna, który zaproponował herbatę, był chyba kimś w rodzaju naczelnika. Nam się przedstawił jako pisarz i historyk. Dosyć nieoczekiwanie zapytał, czy zjedlibyśmy u niego lunch. Spojrzałem na Witka a kiedy ten potaknął powiedziałem, że chętnie. To co później nastąpiło nadal jest dla mnie zagadką. Bez wątpienia doszło do jakiegoś niezrozumienia, lecz kiedy i przez kogo, nie wiem do teraz. Jeszcze w trakcie prowadzenia dyskusji z pracownikami poczty, podszedł ponownie i powiedział, że idzie się modlić, ale wróci za jakieś czterdzieści minut. Istotnie, zniknął nam z oczu. Nie chcąc dezorganizować pracy powiedzieliśmy, że poczekamy na naczelnika w miejscu przeznaczonym dla klientów. Usiedliśmy na krzesłach. Od czasu do czasu odpowiadaliśmy na jakieś pytania, trochę rozmawialiśmy o dziwnych zrządzeniach losu. Po jakimś czasie zauważyliśmy zapraszającego nas mężczyznę w jego gabinecie, więc czekaliśmy na rozwój wypadków. Niestety, nic sie działo a sytuacja robiła sie trochę niezręczna. Po jakimś czasie ów pan przeszedł koło nas mówiąc, że idzie zapalić fajkę. Założyliśmy, iż w ten sposób dał nam do zrozumienia, że zaraz potem pojedziemy na ów „lunch”, lecz kiedy po chwili znowu koło nas przechodził, nic nie powiedział, tylko zajął się pracą. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę ale nic się nie wydarzyło. Głupio nam było pytać, bo istniało prawdopodobieństwo, iż owe zaproszenie było nadinterpretacją jakieś niezobowiązującej formy grzecznościowej. Z drugiej strony przyjęcie zaproszenia i wyjście bez słowa byłoby przejawem arogancji. Sytuacja była patowa. Zdecydowaliśmy się wyjść, ale na wszelki wypadek wpisałem na kartce mój adres i telefon i przekazałem ją jednemu z urzędników mówiąc, że jeśli szef zechce się z nami skontaktować, to może zatelefonować. Niemal do samego celu marszu omawialiśmy wszelkie warianty zdarzenia i żaden nie wydał się być tym najwłaściwszym. Nikt też nie zadzwonił.
Marsz był uciążliwy, mimo iż obciążał nas tylko niesiony w foliówce melon. Żar lał się z nieba, co przy zupełnym braku wiatru odczuwało się z podwójną siłą. Kiedy po lewej stronie wyłonił się pięciogwiazdkowy hotel „Shiraz”, wiedzieliśmy że i „Brama Koranu” jest blisko. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyliśmy tę budowlę. Niewielka to atrakcja turystyczna. Można, a właściwie należy ją obejrzeć „z marszu”. Tak też uczyniliśmy. Kawałek dalej postanowiliśmy przenieść ciężar z ręki, na dwa żołądki. Usiedliśmy w cieniu i wydobyliśmy melon. Łatwiej jednak coś postanowić aniżeli wykonać. Mój scyzoryk został w spodniach a te w przechowalni bagażu. Mijając „Bramę” widziałem biwakujących tam ludzi, a ci zapewne mają coś, czym można pokroić owoc. Pomaszerowałem w tamta stronę. Pod prawym przęsłem siedziała kilkuosobowa rodzina. Wśród wielu wiktuałów był również pokrojony arbuz, a obok leżał nóż. Podszedłem, pokazałem melon i wskazałem na narzędzie. Mężczyzna podał mi nóż, którym rozkroiłem żółtą kulę na cztery części. Jedną z nich podałem dzieciom i wróciłem na naszą ławkę. Zjedliśmy soczysty owoc. Skórki i opakowanie trafiły do kosza, ale ręce aż po łokcie mieliśmy wysmarowane sokiem, który błyskawicznie zamienił się w słodką skorupę. Nieopodal ogrodnik podlewał trawniki. Umyliśmy się i poszliśmy na szczyt wzniesienia gdzie przy bardzo ruchliwej szosie stał minibus. Zaczęliśmy wypytywać wsiadających do niego ludzi o transport do Persepolis. Powstało zamieszanie, bo ustępowano nam miejsca a my usiłowaliśmy wytłumaczyć, że musimy wrócić do miasta po plecaki. Wówczas uświadomiłem sobie, że całe przedsięwzięcie nie ma sensu. Z plecakami nie przyjdziemy tu na piechotę a zatem musimy szukać transportu, gdzieś w centrum. Wróciliśmy do przechowalni i odebrawszy nasze „homonta” poczęliśmy wypytywać ludzi o minibusy do Persepolis. Szło nam jak po grudzie. Każdy, kto cokolwiek zrozumiał z pytania, wskazywał taksówki. My z uporem maniaka mówiliśmy: „No taxi, minibus!”. Odpowiedzi zazwyczaj były niezrozumiałe ale ich sens sprowadzał się do jednego. Stąd nie ma żadnych minibusów. Ostatecznie, jeden z kierowców, używając trzech, czterech wyrazów po angielsku wytłumaczył nam, że z terminala autobusowego jeżdżą minibusy do miejscowości Marvdasht, która leży na trasie do Persepolis. Stamtąd musimy wziąć taksówkę. W rewanżu zabraliśmy sie z nim na dworzec. Kosztowało nas to kolejne dwieście tysięcy riali lecz kiedy byliśmy na miejscu, wskazał nam odpowiedni pojazd a nawet „zaanonsował” nas kierowcy. Ten, w asyście bardziej wykształconego językowo kolegi usiłował przekonać nas, że nie mamy po co jechać bo Persepolis jest już zamknięte. Tłumaczyłem mu jak umiałem, że nic nie szkodzi, bo wybieramy się tam dopiero jutro na co on (jak idiocie) mówił, że bus jedzie dzisiaj. Sprawę zakończyło oświadczenie, że ...nie jedziemy do Persepolis. Wprawdzie powstał w głowach Irańczyków dylemat po co jedziemy do Marvdasht, ale zapewne wytłumaczył to sobie dziwactwem europejczyków. Kilkunasto miejscowy pojazd był prawie pełen. Kierowca jednak zachęcił nas do wsiadania, więc z plecakami w rekach przepychaliśmy się do samego tyłu. Siedzący tam ludzie pościskali się trochę i powstała luka, w której od biedy dało się usiąść. Usiłowaliśmy upchnąć plecaki za fotelami, lecz wszedł zaledwie jeden. Kierowca doszedł do wniosku, że otworzy bagażnik więc znowu, przez całą długość pojazdu, taszczyliśmy plecaki obijając nimi ludzi. Na zewnątrz okazało się jednak, iż do bagażnika zmieści się jeden. Po raz kolejny bąkając „sorry, sorry, sorry” musiałem przepychać się na tył. Zanim ruszyliśmy zapytałem o cenę. Usłyszałem „pięćdziesiąt”. Nawet w tysiącach, wydało mi się to niewiarygodnie mało więc uznałem, iż będą to „tumany”. Jeśli tak, to cena była wygórowana i mogliśmy jechać taksówką wprost do celu, ponieważ jej koszt określono nam wcześniej na sześćset tysięcy riali. Było jednak za późno, pojazd mknął w kierunku „Bramy Koranu”. Czytając przewodnik wywnioskowałem, iż Marvdasht to mała wioska i cieszyła mnie wizja noclegu wśród glinianych domostw. Po cichu liczyłem, że uda nam się kupić od pasterzy ser, który zjemy z lawaszem upakowanym w plecaku. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się na obrzeżach jakiegoś blokowiska. Wprawdzie wszyscy wysiedli, lecz my nie zamierzaliśmy się ruszać, wszak jechaliśmy do końca trasy. Niestety, to właśnie był koniec trasy a Marvdasht okazało się sporym miastem, stolicą regionu Fars. Tuż za nami był ogrodzony stadion miejski, lecz po przeciwległej stronie drogi, zza drzew widać było spory, pusty plac. Na jego końcu stały dwa murowane baraki, a z prawej strony coś, co mogło uchodzić za toalety. Z przodu, tuż przy drodze był „barosklep”. Miejsce wydawało się bardzo dobre na nocleg. Poszliśmy tam. Z bliska nie wyglądało to już tak dobrze. Plac służył do manewrowania samochodami ciężarowymi. Poszliśmy kawałek dalej, gdzie pomiędzy kamieniami widać było intensywnie żółte i zielone plamy, które wzięliśmy za piach i trawę. Kolejne rozczarowanie. Żółte fragmenty terenu okazały się wyschniętymi trawami a przerastające je zielone „roślinki” miały dwucentymetrowe kolce. Szliśmy dalej, aż do ziemnego wału i muru, za którym były jakieś uprawy. Jedyne wolne od kolców miejsca zalegały ostre kamienie. Witek znalazł dwa metry kwadratowe, które po oczyszczeniu, od biedy, nadawały się pod namiot. Właśnie zamierzaliśmy się za to zabrać, kiedy pojawił się mocno zdezelowany samochód. Wysiadł z niego mężczyzna w kombinezonie mechanika samochodowego. Umorusane smarem i brudem ręce wskazywały, iż istotnie mógł się parać tym zajęciem. Zacięta mina, gwałtowność ruchów nie wróżyły najlepiej. Jeszcze zanim podszedł zaczął mówić coś w Farsi. Nie zrozumieliśmy ani słowa, lecz sposób mówienia korelował z gestami i wyrazem twarzy. Wyraźnie dawał nam do zrozumienia, iż to jego teren. Kiedy w czytelny sposób mój przyjaciel pokazał, że chcemy spędzić tu jedną noc jeszcze bardziej się zaperzył. Uznając jego prawo do dysponowania swoją własnością usiłowałem przekonać towarzysza podróży do wycofania się, lecz on postanowił użyć minisłownika i jakoś się porozumieć. Jak na złość, z potrzebnych nam słów, znalazł „noc” i „jeden”. Pokazał ich zapis w Farsi. Reakcja zaskoczyła nas obu. „Nerwus” wyjął mu przewodnik z rąk i zaczął go kartkować. Pomyślałem a może nawet powiedziałem to głośno: „Gratuluję, z pewnością poradzisz sobie z polskim lepiej niż my”. Tymczasem on wskazał coś brudnym paluchem i podsunął nam książkę. Nie było wątpliwości. Tłusty ślad zaznaczył słowo „złodziej”. Tego było już za wiele. Mógł być zły za wtargnięcie na jego pole, ale wyzywanie nas od złodziei, przy pomocy naszego przewodnika?! Gwałtownym gestem pokazałem zaznaczone słowo i siebie z wirtualnym znakiem zapytania. Tamten gwałtownie potrząsnął głową i zatoczył ręką wkoło. Jego twarz jakby złagodniała. Znowu mówił szybko gestykulując. W wykonanej pantomimie dopatrzyłem się skradania, zaboru mienia, ucieczki, krzesania ognia i pożaru. Kończąc otworzył drzwi samochodu i wskazał na siedzenie. Z przodu siedział umorusany dziesięcio, może dwunastoletni chłopiec. Uznaliśmy że, w geście pojednania wywiezie nas na drogę, więc wpakowaliśmy się do środka. Chłopak przyglądał nam się uważnie z poważną miną, w której trudno było się dopatrzeć sympatii, ale i niechęci. Czysta, dziecinna ciekawość. Wyjechaliśmy na plac, lecz zamiast przy drodze, samochód zatrzymał się przed jednym z baraków. Metalowe drzwi były uchylone. Za nimi widać było niewielkie pomieszczenie wyłożone zużytą wykładziną dywanową. Mister Mardoni, bo tak o sobie mówił nasz nowy znajomy, otworzył szerzej drzwi i zaprosił nas do środka. Dostrzegliśmy jeszcze okno, gigantyczny acz bardzo stary, klimatyzator i wypłowiały obrazek brodatego mężczyzny na ścianie (Husajna ibin Alego). Wyglądało na to, że zamiast miejsca pod namiot, dostaliśmy „pokój”. Mister Mardoni mówił bez przerwy aż do odjazdu. Nie wiedzieliśmy czy się jeszcze pojawi, czy w zamian czegoś oczekuje, co mamy zrobić wychodząc. Zaczęliśmy się rozpakowywać, kiedy za drzwiami usłyszeliśmy jakieś głosy. Wyjrzałem i zamarłem. Zgromadziło się tam kilku mężczyzn, a inni najwyraźniej zmierzali w tą stronę. W całej tej gromadzie, tylko jeden mężczyzna, wyglądający na urzędnika, mówił trochę po angielsku. Początkowy niepokój o „cel tej niezapowiedzianej wizyty” zastąpiło rozbawienie. Panowie dowiedziawszy się o naszej obecności chcieli ...pogadać. Z ogólnego harmideru „tłumacz” wybierał według sobie znanych kryteriów, pytanie i tłumaczył go na angielski. Staraliśmy się odpowiadać tak, jak umieliśmy najlepiej po czym nasze słowa były zamieniane na Farsi. Reakcja zgromadzenia dawała powody sądzić, iż „tłumacz” dodawał coś od siebie albo nie zupełnie nas rozumiał. Istniała też trzecia ewentualność, choć chyba najmniej prawdopodobna, iż to co dla nas było banalne tutaj stawało się egzotyczne, zabawne lub zaskakujące. Sam też usiłowałem się czegoś dowiedzieć, lecz siły były nierówne. Mój bezpośredni rozmówca był księgowym w szpitalu klinicznym. Pozostali, w większości to kierowcy lub ich pomocnicy. „Audiencja” się przeciągała. Słońce chyliło się ku zachodowi a w „apartamencie” nie było żarówki. Podobnie z resztą jak w umywalni, co zdążyliśmy sprawdzić jeszcze przed wizytą. Ambitne plany zrobienia prania i wykąpania się stawały się mało realne. Żeby załatwić to, co najpilniejsze zaproponowałem przyjacielowi, żeby poszedł się umyć, a ja będę sobie radził sam. Potem się wymienimy. Tak też się stało. Nasi goście pojedynczo się wykruszali. Ktoś z pozostałych zaproponował, że możemy spać u niego. Była to kusząca propozycja, ale podziękowałem, ponieważ Witek był nieobecny a nasze rzeczy porozrzucane wkoło. Kilka osób odchodząc zostawiło nam swoje numery telefonów zapewniając, że jeśli czegoś byśmy potrzebowali... Kiedy zrobiło się ciemno, jeden z kierowców przyniósł nam żarówkę, dzięki czemu mogliśmy przygotować sobie posłania. Po powrocie kolegi, zostawiłem go z najwytrwalszymi dyskutantami i poszedłem się umyć. Kiedy wróciłem nikogo już nie było. Zagotowaliśmy wodę i zrobiliśmy sobie kolację. Ledwo ją zjedliśmy, pojawił się Mister Mardoni z rodziną. Moment nie był najlepszy, ponieważ przyjaciel był już rozebrany i okryty jedynie cienkim, workowatym w formie, prześcieradłem. Początkowo jedynie nasz gospodarz wszedł do środka a pozostali jedynie zaglądali przez otwarte drzwi, lecz w trakcie wizyty stopniowo się „oswajali” i po dwudziestu, trzydziestu minutach wszyscy siedzieli lub kucali wokół nas. Mister Mardoni, po mistrzowsku posługiwał się naszym słowniczkiem. Pomagając sobie gestykulacją usiłował namówić nas na odwiedziny. Kiedy wymigaliśmy się od tego, tłumacząc się zmęczeniem, zaproponował nam herbatę, na co chętnie przystaliśmy. Popijając „czaj” zapytaliśmy o sposób dotarcia do Persepolis. Nasz gość i gospodarz zarazem zaoferował, że nas tam zawiezie. Brak znajomości jakiegokolwiek wspólnego języka w niczym nie stanowił przeszkody. Wprawdzie od gadania bolały już nas ręce, ale bawiliśmy się doskonale. Wizyta przeciągnęła się do pierwszej w nocy. Rozstaliśmy się jak na przyjaciół przystało – męskim uściskiem (bardzo brudnej) dłoni.