DZIEŃ DWUNASTY 3 czerwiec 2016 (Esfahan, Kashan)
Z przyzwyczajenia wstaliśmy bardzo wcześnie. Suche musli i woda mineralna posłużyły nam do zaspokojenia pierwszego głodu. Objuczeni plecakami ponownie stanęliśmy na placu Imama Chomeiniego. Teraz był niemal zupełnie pusty i cichy. Jedynie plusk płynącej z fontann wody i trzepot skrzydeł gołębi przerywały panującą ciszę. Wiedzieliśmy, że plecaki będą sporym utrudnieniem na tak rozległym terenie więc weszliśmy do zaułku z informacją o hotelu. W recepcji bardzo sympatyczna dziewczyna nie tylko zgodziła się na pozostawienie bagaży, ale zadeklarowała, iż ich pracownik przeniesie je w bezpieczne miejsce. Odciążeni weszliśmy na plac i posuwając się sukcesywnie wzdłuż piętrowych arkad podziwialiśmy meczet Imama, dalej meczet Szejcha Lotf Allaha i zadziwiająca formą fasada pałacu Ali Qapu z ogromnymi drewnianymi kolumnami oraz z królewskim parkiem do którego prowadzi brama o tej samej nazwie. Niestety, o tak wczesnej porze meczety były pozamykane, więc musieliśmy poprzestać na podziwianiu ich niezwykle zdobnych portali, majolikowych kopuł i wysmukłych minaretów. Podobnie jak w Jaździe, tak i tu, przez cały okres obchodów rocznicy śmierci Chomeiniego, bazar - serce każdego wschodniego miasta był uśpiony, żeby nie powiedzieć martwy. Wprawdzie wszystkie są do siebie bardzo podobne, lecz ich atmosfera jest niezwykle ważnym elementem zwiedzania miasta. Nietypowa zatem martwota sprawiała, że czegoś było brak. Trochę jak przy delektowaniu się wyśmienitym daniem, w którym jednak zabrakło odrobiny specyficznej przyprawy. Nadal syci i sprawia przyjemność formą i smakiem a jednak nie ma wątpliwości, że mogłoby być lepsze. Odbierając plecaki zapytałem recepcjonistkę o sposób dotarcia do kolejnej atrakcji turystycznej - zabytkowych mostów na rzece Zajadne. Także i tym razem dziewczyna okazałą się być bardzo pomocna. Tłumacząc jak dzieciom na wycieczce szkolnej, precyzyjnie określiła kierunek i charakterystyczne punkty orientacyjne a na koniec naszkicowała na kartce plan. Tak wyposażeni bez trudu dotarliśmy do pierwszego z mostów z siedemnastego wieku – Si-jo-se-pol (trzydziestu trzech łuków). Rzeka ma charakter okresowy. Na początku czerwca w szerokim, płytkim korycie woda już bardziej stoi aniżeli płynie. Dla nas, przyzwyczajonych do ażurowych konstrukcji, jego niska, długa i bardzo zwarta forma z dystansu bardziej przypomina zaporę aniżeli most. Zaskakujące jest to, na most prowadzą schody, zatem żaden ruch kołowy nie jest możliwy. Górna część nie jest szczególnie interesująca. Deptak z wysokimi ścianami, w których co jakiś czas jest wnęka z otworem, przez który można zobaczyć fragment rzeki. Na dolną część składają się bardzo masywne arkadowe podpory. Widok z jednego końca na drugi byłby idealnym przykładem jednopunktowej perspektywy zbieżnej. Wzdłuż brzegu rzeki ciągnie się szeroki na kilkadziesiąt metrów park. Zostawiwszy w cieniu drzewa plecaki, na zmianę oglądaliśmy budowlę. Później, idąc parkiem, dotarliśmy do następnego mostu - Chubi. Podstawowa różnica pomiędzy nimi sprowadzała się do braku ścian. W przypadku pierwszego, regularne wnęki okalające z obu stron trakt sprawiały wrażenie dodatkowej kondygnacji. W drugim był jedynie niewysoki murek pełniący funkcję balustrady. Innym szczegółem różnicującym oba mosty były dwa podwójne tarasy optycznie skracające budowlę. Trzeci most, do którego także dotarliśmy na piechotę jest jakby twórczym połączeniem dwóch pierwszych. Dzięki arkadom jest wyższy o jedną kondygnację, lecz monotonność rozbija tam centralnie usytuowane zgrubienie, które sprawia wrażenie, jakby prawa i lewa część były oddzielnymi mostami wiodącymi do sześciokątnej budowli wyrastającej niczym wyspa na środku rzeki. Wokół wszystkich mostów było sporo spacerowiczów, Zapewne oprócz mieszkańców Esfahanu byli to także przyjezdni i pielgrzymi, a skomasowane święta sprawiły, że było ich więcej aniżeli w inne dni. Już zbliżając się do trzeciej konstrukcji – Khaju - usłyszeliśmy męski głos śpiewający a`capella. Pod jednym z pierwszych przęseł dało się zauważyć liczną grupę ludzi. Wiedzeni ciekawością podeszliśmy bliżej i zza głów zgromadzonych tam mężczyzn zobaczyliśmy śpiewaka. Starszy pan, ubrany jak pozostali, kończył właśnie śpiewać jakąś pieśń. Nastąpiły brawa a on powiedział coś do zgromadzonych. Ktoś odpowiedział mu, czy wdał się w polemikę. Tamten wysłuchał go uważnie i ponownie przemówił. Kiedy trwała ta publiczna debata, inny mężczyzna zaczął śpiewać. Było to dosyć niecodzienne zjawisko z jednej strony przypominające wiec polityczny, czy religijny, z drugiej pojedynek na głosy. Korciło mnie żeby zapytać kogoś o co w tym wszystkim chodzi, kim są mówcy i śpiewacy lecz wszyscy byli zbyt zaangażowani tym co się działo, a ja wyjątkowo w tym miejscu czułem się zupełnie nie na miejscu. Trochę jak intruz obserwujący z ukrycia jakieś tajne zgromadzenie. Po kilkunastu minutach wycofaliśmy się na brzeg. Poprzedniego dnia nie sprawdziliśmy rozkładu jazdy autobusów. Wprawdzie dotychczas nie było to konieczne, ponieważ nigdzie nie musieliśmy czekać dłużej aniżeli kilkadziesiąt minut, lecz należało też wziąć pod uwagę, iż w wielu miejscach mieliśmy kogoś w asyście, a na dodatek trwały święta. Na ulicy zapytaliśmy pierwszego z brzegu przechodnia, jak dostać się na dworzec. Nasz rozmówca słabo znał język, ale zaproponował, jak można było przewidzieć, taksówkę. Staraliśmy się mu wytłumaczyć, że interesuje nas transport publiczny i wydawało się, że zostaliśmy zrozumiani, ponieważ podprowadził nas do przystanku autobusowego. Zamiast jednak pożegnać się zaczął analizować rozkład jazdy. Najwyraźniej coś wzbudziło jego niepokój, ponieważ wyjął z kieszeni smartfon i dłuższą chwilę przeczesywał Internet. Skończywszy, próbował coś istotnego nam przekazać. Niestety, robił to po persku więc kompletnie niezrozumiale. Wsparliśmy jego wysiłki naszym skupieniem i dociekliwością. W efekcie zrozumieliśmy, iż w najbliższym czasie, ze względu na święto, nic nie pojedzie. Chciał też wiedzieć, czy zdecydujemy się na taksówkę. Przytaknęliśmy, licząc że tak uspokojony zostawi nas a my zastanowimy się co dalej. Mężczyzna jednak ponownie wyjął telefon i po chwili pojawiła się taksówka. Podszedł do kierowcy i chwilę z nim rozmawiał. Nie wiedzieliśmy, o czym lecz z wyrazu twarzy wywnioskowaliśmy, że jest jeszcze jakiś kłopot. Mężczyzna pobiegł na drugą stronę ulicy i stanął przed bankomatem. Po chwili wrócił chowając do portfela kartę. Stało się dla nas oczywiste, że zamierzał za nas zapłacić. Gwałtownie zaoponowaliśmy tłumacząc jak się dało, że mamy pieniądze i zapłacimy sami. Po chwili ustąpił, choć bez przekonania. Podziękowaliśmy i odjechaliśmy w stronę dworca, gdzie okazało się, że najbliższy autobus w jakimkolwiek interesującym nas kierunku odjeżdża najszybciej za ...sześć godzin. Nie wiedzieliśmy co w tej sytuacji zrobić. Przejazd do miasta i ponowny powrót na dworzec było kosztowne, czasochłonne i obarczone spory ryzykiem, że nie zdążymy na czas. Siedzenie na dworcu koszmarnie nudne. Po dłuższej dyskusji postanowiliśmy kupić bilety, zostawić plecaki i pójść gdzieś piechotą. Podszedłem do kasy, gdzie wcześniej pytałem o bilety i zadysponowałem dwa do Quom. Jest taka teoria, że jeśli coś może się schrzanić, to z pewnością się tak stanie. Tego dnia, wszystko zdawało się to potwierdzać usłyszałem bowiem, że zostało tylko jedno miejsce. Nie wracając do przyjaciela, żeby kolektywnie podjąć decyzję, co robimy w takiej sytuacji, zapytałem dokąd mogę kupić dwa bilety. Odpowiedź brzmiała Kashan. Zatem niech będzie Kashan, odparłem i wróciłem, żeby powiadomić towarzysza podróży, że jedziemy gdzie indziej aniżeli ustaliliśmy. Jak mogłem się spodziewać, powiedział tylko: „Dobrze, tam też jeszcze nie byłem.” Dworzec autobusowy w Esfahan składa się jedynie z tego, co niezbędne. Żadnych trawników, miejsc rekreacyjnych. Najbliższe otoczenie też nie zachęca do spacerów. Ruchliwa szosa, zwarta zabudowa. Brak jakiegokolwiek parku, a wszystkie sklepiki, bary były pozamykane. Pytani ludzie wskazywali odległe centrum miasta jako jedyne miejsce godne zainteresowania więc postanowiliśmy przeczekać te parę godzin na dworcu. Trochę czasu spędziliśmy na najodleglejszym peronie. Nie obyło się bez kolejnego chętnego do sprawdzenia swojej znajomości angielskiego. Tradycyjnie padały pytania (i odpowiedzi) żywcem cytowane z podręcznika: „How are you?”, „Where are you from?” itp. Po pół godzinie nasz rozmówca się zmęczył, oświadczył, że było mu miło nas poznać i poszedł. Trochę czasu zajęło mi uzupełnianie zapisków, lecz i to nie trwało zbyt długo. Na dwie godziny przed planowanym odjazdem mieliśmy dość upału i wyziewów z rur wydechowych mijających nas pojazdów i przenieśliśmy się do budynku. Klimatyzowane powietrze było przyjemniejsze, lecz metalowe krzesełka nie pozwalały ani zasnąć ani wygodnie siedzieć. Komunikaty, a szczególnie nawoływania przedstawicieli różnych kompanii transportowych na początku irytujące, później były trudne do zniesienia. Obejrzeliśmy wszystkie wystawy dworcowych sklepików przeprowadzając głęboką analizę porównawczą cen, mimo że były w Farsi. Skorzystaliśmy ze wszystkich darmowych udogodnień i wodziliśmy wzrokiem za każdą nową osobą pojawiającą się w drzwiach, zastanawiając się kim jest i tworząc różne scenariusze z nią w roli głównej. W taki sposób potraktowałem dwójkę młodzieńców o wschodnich rysach twarzy. Zapewne inspirowany naszą poranną przygodą z Koreanką założyłem, że i oni pochodzą z Seulu. Chwilę później jeden z chłopaków zapytał mnie o coś banalnego. Stało się to początkiem rozmowy, z której wynikło, iż obaj przyjechali z Tokio. Jednym z kolejnych pytań dotyczyło hoteli na naszej trasie. Odparłem zgodnie z prawdą, że trochę pomieszkiwaliśmy u Irańczyków, lecz głównie korzystamy z namiotu. Często ta informacja wzbudzała zainteresowanie u rozmówców, lecz młodzi Japończycy zareagowali tak gwałtownie, jakbym oświadczył, że przyjechaliśmy z Księżyca. Najpierw niedowierzanie, później ekscytacja. Wprawdzie mówili bardzo dobrze po angielsku, lecz w typowy dla potomków samurajów sposób: głośno, gwałtownie gestykulując. Kolejną falę pomruków w stylu Kurosawy wywołała informacja o naszym wieku. Nie wiem czemu, wszak Kraj Kwitnącej Wiśni słynie z ludzi dwukrotnie od nas starszych a sprawność fizyczna i dobra kondycja jest tam elementem kultury. Być może jednak Japońscy pięćdziesięciolatkowie są zbyt zapracowani, żeby podróżować w taki jak my sposób. Dzięki tej rozmowie czas żwawiej ruszył z miejsca i w końcu doczekaliśmy się pory odjazdu. Tym razem odległość nie była zbyt wielka, więc musieliśmy się liczyć z koniecznością rozbijania namiotu po ciemku. Wjeżdżając do miasta z uwagą przyglądaliśmy się widokom za oknem, żeby nie przegapić nadającego się na biwak parku, czy większego skweru. Kilkukrotnie wypatrzyliśmy takie miejsca, lecz autobus, jak na złość, zamiast zatrzymać się na przedmieściach czy wręcz przed miastem wjechał do centrum. Wysiedliśmy przy bardzo ruchliwej, wielopasmowej drodze, pośród wielkomiejskiej infrastruktury. Nie było wyboru, pomaszerowaliśmy przed siebie licząc na szczęśliwy traf. Istotnie, kawałek dalej budynki odsunęły się od drogi, a na zwolnionej przestrzeni pojawiły się trawniki a nawet nieliczne krzewy. Wprawdzie niemal każdy metr trawy okupowany był przez całe rodziny, lecz widok ten dawał nadzieję na znalezienie miejsca pod nasz namiot. W centralnym miejscu zobaczyliśmy budynek z flagami i sporym portretem słynnego ajatollaha. Z przodu, przy bramie, była budka wartownicza, a tuż za nią, po prawej stronie, mniejszy budynek z widocznymi przez okna osobami w mundurach. Przed bramą był też ładny, a co ważniejsze, nie zajęty trawnik. Nie namyślając się zrzuciliśmy plecaki. Właśnie mieliśmy rozpakować sprzęt, kiedy wartownik pomachał do nas i coś powiedział. Podszedłem bliżej, ale rozmowa mimo starań z obu stron niczego nie wniosła. Chłopak zniknął w drzwiach, a po chwili wyszedł w towarzystwie jakiegoś oficera. Teraz było prościej. Dowiedziałem się, że w tym miejscu nie możemy rozbijać namiotu. Zapytałem dlaczego, choć właściwie tylko po to, żeby nawiązać nić porozumienia. Mężczyzna tłumaczył się przepisami i niezadowoleniem przełożonych. Zapytałem go co mamy zrobić, skoro nigdzie więcej nie ma miejsca. Na szczęście darował sobie rady dotyczące hoteli i od razu zaoferował pomoc. Przeszedł się po alejkach, a następnie zapytał o coś rodzinę, która zajmowała spory trawnik tuż obok. Tamci natychmiast przesunęli swoje rzeczy robiąc nam miejsce. Podziękowaliśmy wszystkim i przenieśliśmy plecaki. Witek postanowił poszukać miejsca gdzie moglibyśmy się umyć, a ja zabrałem się za ustawianie namiotu. Ledwo zdążyłem wyrzucić z worków sprzęt i rozwinąć namiot, kiedy ponownie pojawił się znajomy oficer z wyraźnie zafrasowaną miną. Powiedział, że jego przełożony polecił nam zmienić miejsce na mniej eksponowane. Od siebie dodał, że jest mu przykro i pomoże mi przenieść rzeczy, jednak obaj nie bardzo wiedzieliśmy dokąd. Poszliśmy razem na rekonesans i uzgodniliśmy, że pozostaje jedynie trawnik na wprost portretu Chomeiniego. Udawałem niezadowolonego, lecz w duchu sobie pomyślałem, że rano będziemy mieli fajne zdjęcia z namiotem i brodatym wodzem rewolucji islamskiej. Powiedziałem mu w żartując, że skoro nas „wyrzucił”, to liczę na rekompensatę w postaci wrzątku na co on całkiem poważnie, że strażnik nam przyniesie. Powiedziałem, że sam podejdę jak tylko rozbijemy namiot. Kiedy przyjaciel wrócił, pozostało tylko nałożenie tropiku i wytłumaczenie jak to się stało, że znalazł mnie w innym miejscu, niż zostawił. Zabrałem kubki i poszedłem do wartowni. Wartownik najwyraźniej został uprzedzony, bo zabrał je i wszedł do środka. Wyszedł chwilę później z pełnymi naczyniami. Byliśmy w trakcie „gotowania” kaszki, kiedy podeszły do nas dwie kobiety i kilkunastoletnia dziewczyna. Przywitała się szkolnym angielskim i zadała kilka typowych pytań. Po chwili obojgu nam wydawało się, że tematy zostały wyczerpane, ale jedna z towarzyszących jej kobiet, ofuknęła ją i polecając kontynuowanie rozmowy. Sama przedstawiła się i dodała, że jest tłumaczką. Dziewczyna była skrępowana, podobnie jak ja. Ona sytuacją, ja zaś świadomością swoich umiejętności (a raczej ich braku) językowych. Z czasem rozmawiało nam się co raz lepiej. W którymś momencie dziewczyna, zupełnie szczerze zapytała, dlaczego nie nocujemy w hotelu. Odparłem, że nawet najlepszy miałby zaledwie kilka gwiazdek a nad namiotem mamy ich nieskończoną ilość. Widząc uśmiech okraszający młodą buzię, dodałem, iż dodatkowym atutem jest możliwość rozmowy z tak pięknymi kobietami. Tym razem wszystkie trzy panie uśmiechnęły się szeroko, a nastolatka powiedziała, że jestem bardzo miły i ...zabawny. Przyjąłem to jak komplement. Tłumaczka podziękowała i powiedziała, że chętnie pomoże we wszystkim, jeśli tylko będziemy chcieli. Wówczas byłem przekonany, że to tylko miły gest na zakończenie rozmowy. Być może ona również. Przyjaciel zabrał kubki i poszedł je umyć ja przygotowywałem śpiwór, kiedy podszedł do mnie policjant. Mówił w Farsi, więc nie byłem w stanie go zrozumieć, lecz bez wątpienia nie była to „wizyta towarzyska”. Początkowo nie przejmowałem się jego marsową miną i rozkazującym tonem. Mając „błogosławieństwo armii” byłem bardziej zaciekawiony, aniżeli przestraszony tym spotkaniem. Powtarzając: „Nie rozumiem, nie znam Farsi, proszę mówić po angielsku” usiłowałem zniechęcić intruza, ale bez skutku. Jego ton stawał się coraz bardziej napastliwy. Już po kilku pierwszych minutach domyśliłem się, że obecność naszego namiotu tuż pod flagą i portretem Chomeiniego jest dla niego niewłaściwe jednak miałem dosyć przeprowadzek i liczyłem na „zmęczenie materiału”. Służbista jednak nie „odpuszczał”. Postanowiłem zatem przerwać to i użyć naszej „wunderwaffe”. Kiwnąłem na natręta ręką i poprowadziłem go do wartowni. Powiedziałem strażnikowi, żeby poprosił „naszego” oficera. Byłem pewien, że na widok szarży policjant stuli uszy i pójdzie sobie. Niestety, wartownik powiedział coś, z czego wywnioskowałem, iż oficera już nie ma. W odwodzie pozostały nasze rozmówczynie. Ciągnąc za sobą namolnego policjanta odnalazłem tłumaczkę i poprosiłem, żeby „przetłumaczyła”, iż jesteśmy w miejscu wskazanym przez wojskowego, a zatem jego pretensje są bezzasadne. Pani powiedziała to, dodając coś jeszcze od siebie, ale skutek był odwrotny od oczekiwanego. Tłumacząc w drugą stronę powiedziała, ku mojemu zaskoczeniu, że wojsko tu nie ma nic do gadania. Mamy natychmiast opuścić trawnik. Zmieniając ton, usiłowałem negocjować tłumacząc, iż jest późno, nie znamy miasta, a z pierwszymi promieniami słońca zwiniemy namiot i znikniemy bez śladu. Bez skutku. Policjant był nieprzejednany. Sytuacja zrobiła się poważna, a jak na złość mój towarzysz gdzieś przepadł. Uznałem, że cokolwiek zrobimy, namiot trzeba zwinąć, więc po raz trzeci tego wieczora zabrałem się do pakowania. Kiedy wreszcie się pojawił był jeszcze bardziej, aniżeli ja, zaskoczony sytuacją. Kończyliśmy składać tropik, kiedy ponownie podeszła do nas tłumaczka. Tym razem była sama, z konkretną propozycją. Zabierze nas w miejsce, gdzie bez przeszkód będziemy mogli przenocować. Nie było nad czym się zastanawiać. Wpakowaliśmy plecaki do bagażnika samochodu, którym podjechał jej mąż a sami usiedliśmy z tyłu. Na przednich fotelach pościskała się czteroosobowa rodzina. Proponowaliśmy, żeby dzieci usiadły z nami, lecz najwyraźniej uznali, że lepiej będzie się tłoczyć. Przecięliśmy miasto mijając wiele „wygodnych” skwerków. Samochód zatrzymał się dopiero przy zatłoczonym do granic możliwości parku, za którym kręcił się „diabelski młyn”a dobiegające stamtąd odgłosy wskazywały na odpowiednik naszego „wesołego miasteczka”. Kiedy my wypakowywaliśmy rzeczy, pani „załatwiła” nam miejsce pod namiot. Dozorca zaprowadził nas w miejsce pod silnym reflektorem, pośród hałaśliwie świętujących Kashanczyków. Nie zważając na nic usnęliśmy natychmiast po ułożeniu się w namiocie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz