DZIEŃ CZTERNASTY 5
czerwiec 2016 roku (Sari)
Wstający
za oknami świt ujawnił na nich strugi spływającej. Po
kilkunastodniowej podróży przez wysuszony na wiór
Iran, to powszechne w Europie zjawisko wprawiło nas w osłupienie.
„Deszcz? Nie, nie możliwe a jednak tak”. Ołowiane chmury
szczelnie zakleiły nieskazitelny błękit orientu. O piątej rano
zatrzymaliśmy się w napuchniętym wodą mieście. Zanim zdążyliśmy
wygramolić się z pojazdu, o „niezwykłym” zjawisku pogodowym
świadczyły tylko kałuże. Dalej wydarzenia potoczyły się według
klasycznego schematu: otoczyli nas kierowcy taksówek usiłując
odgadnąć, gdzie jedziemy. Z trudem opanowaliśmy harmider i
podaliśmy nazwę miejscowości nad Morzem Kaspijskim starszemu panu,
który zadeklarował znajomość angielskiego. Po krótkich
negocjacjach ruszyliśmy w drogę. Wyjeżdżając z miasta
zorientowaliśmy się po nielicznych drogowskazach, że jedziemy w
złą stronę. Tym razem zawiniła wymowa. W okolicy są dwa miasta o
nazwach różniących się jedną głoską. Zapłaciliśmy
umówioną stawkę, a za drugie tyle, wróciliśmy do
punktu startu. Podobnie jak w Kashan, tak i tu minibusy są
zjawiskiem bardziej mitycznym, aniżeli rzeczywistym. Wszyscy o nich
słyszeli, lecz nikt nie umiał jednoznacznie określić, gdzie i
kiedy je można znaleźć. Biegaliśmy w kółko jak kura
pozbawiona głowy. Każda z pytanych osób mówiła
zupełnie co innego od poprzedniej. Po godzinie bezowocnych
poszukiwań podszedł do nas taksówkarz, z którym
mieliśmy już do czynienia. W języku, który z trudem udawał
angielski zaczął namawiać nas, żebyśmy poszli za nim. Z jego
słów zrozumiałem zaledwie, iż „załatwił” nam
transport samochodem, ale w dobrej cenie. Zrezygnowani poczłapaliśmy
za nim. Po przejściu kilkuset metrów, na obrzeżach
zatłoczonego ronda stało kilka żółtych taksówek.
Już miałem zaprotestować, kiedy wyjął z portfela siedemdziesiąt
tysięcy i paluchem pokazał na mnie, po czym machnął banknotami i
wskazał kolegę. Sto czterdzieści tysięcy za przejazd
kilkudziesięciu kilometrów, kiedy przed godziną sam wziął
dwieście na odcinku kilku kilometrów?! Dziwne, ale należało
to sprawdzić. Podeszliśmy do jednej z taksówek, w której
siedziała jakaś kobieta. Kierowca żółtego wehikułu nawet
nie udawał znajomości angielskiego, więc przyjętą tu metodą „na
migi” upewniliśmy się co do kierunku i stawki. Wpakowaliśmy
plecaki do bagażnika i zajęliśmy miejsce wewnątrz. Po dłuższej
chwili dosiadł się do nas oficer w polowym mundurze i wyjechaliśmy
z miasta. Jadąca z nami kobieta wysiadła na przedmieściach
Babolsar, a oficer w śródmieściu. Kiedy zatrzasnął za sobą
drzwi, kierowca odwrócił się w naszą stronę i o coś
zapytał. Łatwiej było się domyślić, że chodzi mu o dalsze
dyspozycje aniżeli odpowiedzieć. Minirozmówki nie
przewidywały wyrażeń: „nad morze”, „do portu” ani „na
plażę”. Trzeba było improwizować. Znowu poskutkowały aktorskie
talenty przyjaciela. Po krótkiej acz sugestywnie zagranej
etiudzie, w której pluskał się w morzu i pływał kraulem,
taksówkarz „zaskoczył” i zawiózł nas na
promenadę. Swój trud w zrozumieniu naszych dyspozycji wycenił
na dodatkowe pięćdziesiąt tysięcy riali. Nawet nie chciało nam
się protestować. Marzyłem o możliwości ułożenia strudzonego
ciała w pozycji horyzontalnej i oddaniu się kontemplacji poszumu
fal. Szliśmy wzdłuż wąskiej drogi rozdzielającej plażę od
ciasno skupionych hoteli i pensjonatów. Nigdzie, w zasięgu
wzroku jakiegokolwiek miejsca pod namiot. W końcu wypatrzyliśmy
spory plac, pokryty niekoszoną trawą, będący jakby zapleczem
szeregowych bungalowów pamiętających zapewne młodość
Szacha Pahlaviego. Na przeciwległym, odległym końcu plac kończył
się murem z koślawą bramą i budką portiera. Weszliśmy przez
otwartą bramkę i skierowaliśmy się w jej stronę. Wewnątrz
ciasnego pomieszczenia siedział wysoki mężczyzna o posępnej minie
leśnego zbója. Pytanie o znajomość języków była
zbędną formalnością. Ponownie musieliśmy się zdać na sztukę
pantomimy. W trakcie „przedstawienia” owa twarz rozchmurzała
się, gdy przesłanie było czytelne, lub marszczyła w skupieniu,
nabierając jeszcze bardziej posępnego wyrazu, w trudniejszych
fragmentach. Na koniec same ręce składały mi się do oklasków,
ale się opanowałem i czekałem na efekt. Sukces był na miarę
znacznie większej widowni i sceny. Dozorca wprawdzie podał
absurdalnie wysoką cenę za możliwość rozstawienia namiotu, lecz
szybko dał się przekonać w drugim akcie improwizacji, iż sto
tysięcy za jedną noc, to bardzo przyzwoita kwota. Poszedł z nami i
szerokim gestem pokazał, że możemy sobie sami wybrać miejsce.
Niezwłocznie przystąpiliśmy do stawiania namiotu. Zgodnie z
zasadą: „Najpierw obowiązki...” zrobiliśmy też pranie,
podłączyliśmy ładowarki i zakrzątnęliśmy się wokół
śniadania. Dopiero później mogliśmy pomyśleć o relaksie.
Na plażę, z przezorności (jak miało się okazać
niewystarczającej), szliśmy na zmianę. Kiedy mój towarzysz
podróży poszedł popływać usiadłem z długopisem w ręku,
żeby nadrobić zaległości w notatkach z podróży. Niewiele
zdążyłem napisać, kiedy wrócił. Jego relacja nie była
zachęcająca. Nadgorliwi ratownicy, płytka woda. Postanowiłem to
jednak sprawdzić. Nad Zatoką Perską znaleźliśmy niemal odludne
miejsce, gdzie strój nie był problemem. W Babolsar jednak na
to nie można liczyć. Typowy kurort z tłumami na plaży, w wodzie.
Nie miałem jednak ochoty nosić ze sobą zbędnych rzeczy więc
wykorzystując „lukę” przemknąłem na plażę w kąpielówkach
i koszulce, którą wraz z klapkami zostawiłem na piasku i
wszedłem do wody. W porównaniu z Zatoką Perską była wręcz
chłodna. Fale szybko i bezpardonowo rozprawiły się z moją
niechęcią do gwałtownego zanurzania. Istotnie, trzeba się było
nachodzić, zanim się popływało. Gwizdki ratowników
rozbrzmiewały często, lecz zauważyłem, iż dotyczą osób w
strefie odgrodzonej od reszty. Wysforowałem się w nieco głębsze
obszary, szybko jednak wróciłem w miejsce, gdzie sięgałem
dna. Odpływ lub prąd ciągnęły w głąb morza, przywołując
wspomnienia z Morza Azowskiego. Nie miałem ochoty na powtórkę
tamtej historii. Szybko się zmęczyłem i bez żalu wróciłem
do namiotu. Trochę czasu strawiliśmy na totalnym nieróbstwie
rozkoszując się nim w sposób wręcz nieprzyzwoity. Po
posiłku powtórzyliśmy kąpiel zmieniając jednak kolejność.
Z wolna zbliżał się wieczór. Rozważaliśmy wyjście na
jakiś rekonesans, lecz ze względu na namiot i jego zawartość
musielibyśmy iść w pojedynkę, a powodów ku temu
specjalnych nie było, więc ograniczyliśmy się do spacerów
na bardzo krótkim dystansie i podziwianiu widoków
zachodzącego słońca. Było już zupełnie ciemno, kiedy mój
towarzysz wrócił z łazienki. Zanim jeszcze cokolwiek
powiedział, widziałem po jego zachowaniu, że coś się wydarzyło.
Istotnie, po chwili milczenia opowiedział mi jak natknął się na
jakiegoś mężczyznę, którego nie mógł zrozumieć,
ale tamten miał do nas jakieś pretensje. Przyjaciel odniósł
wrażenie, że ów mężczyzna jest właścicielem obiektu i
traktuje nas jak intruzów. Było to bardzo zaskakujące,
ponieważ wszyscy dotychczas napotkani Irańczycy odnosili się do
nas z niezwykłą życzliwością i sympatią a naszą obecność w
tym miejscu uzgodniliśmy z dozorcą. Świadomość istnienia
jakiegoś punktu zapalnego, którego nie można od razu
wyjaśnić nie jest miła, lecz nie pozostało nam nic, jak poczekać
do rana. Uspokajałem i siebie i jego tłumacząc, że niezależnie
od powodów niezadowolenia tego człowieka, najprawdopodobniej
już go nie spotkamy, ponieważ już wcześniej zaplanowaliśmy
wyjazd z miasta. W takim też przeświadczeniu położyliśmy się
spać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz